czwartek, 31 stycznia 2019

Wyzwania, Rozdział XIV

Rozdział XIV

Yrynysa na pozór przypominała martwą planetę, pustynię, która nigdy nie zaznała nocy. Kiedy wszystkie trzy słońca znajdowały się na nieboskłonie, zalewały krajobraz oślepiającym blaskiem i bezlitosnym gorącem. Nie było to miejsce przyjazne dla ludzi. Wysokie promieniowanie i temperatura sprawiały, że tylko wywroni mogli przebywać na zewnątrz bez specjalnego kombinezonu. Co prawda wymagane skafandry były dość lekkie i nie krępowały ruchów, jak te ciśnieniowe, ale i tak życie na Yrynysie zdawało się dość ciężkie. Tom stosunkowo szybko pożałował, że zgodził się na udział w tej misji, zwłaszcza, że nie zanosiło się na jej rychły koniec. I nie chodziło tylko o surowość planety. Zamiast brawurowych, bohaterskich akcji praca Toma polegała głównie na podsłuchiwaniu. Czasami mijało wiele dni żmudnej pracy, nim udawało się wychwycić choć jedną, przydatną informację.
- Co robisz? - zdziwił się Broko na widok Ziemianina dłubiącego w czerwonawej korze głazodrzewa. Ciężko było ją zarysować, ale scyzoryk sprawdzał się całkiem nieźle.
- Próbuję wyryć swoje imię i nazwisko. Zostawić coś po sobie – oznajmił mężczyzna.
To przerażające pustkowie miało w sobie dziwny urok. Postrzępione, pomarańczowe skały, poskręcane konary pancernych roślin, wiatr dudniący między kamiennymi słupami, wszystko to sprawiało, że Tom naprawdę czuł się lata świetlne od domu. Dokonał niemożliwego, stanął na niejednym obcym globie, ale tutaj pozostawi po sobie trwały ślad, który być może ktoś w przyszłości odnajdzie. Zaś on kiedyś wróci do domu i będzie z uśmiechem wspominać misję, której swego czasu miał dosyć.
- Tom, Broko... wracajcie szybko do bazy. To pilne. - Z głośnika wbudowanego w skafander przemówił głos Sysa.
Na szczęście członkowie drużyny zbytnio się nie oddalali, więc do jednostki dotarli w kilka minut. Gdy tylko przekroczyli wrota wielkiej, srebrnej kopuły, mogli zdjąć kombinezony. W środku panowała znośna temperatura, jak zresztą w wielu pomieszczeniach na Yrynysie, które zostały przystosowane do przebywających w nich przedstawicieli obcych ras.
W sali odpraw nie było okien, za to nie brakowało komputerów. Jeden przypadał na każde stanowisko siedzące, a oprócz tego na ścianie wisiał wielki projektor holograficzny.
- Nie będę przedłużać, bo to nie ma sensu. - Sys oparł się dłońmi o blat stołu i spojrzał na towarzyszy z przerażającą powagą. - Otrzymaliśmy bardzo niepokojącą wiadomość z Mloku. Zaraz potem straciliśmy łączność...
Same dwa pierwsze zdania wystarczyły, by rozsiać po wszystkich narastające uczucie niepokoju. A potem było już tylko gorzej.


Kiedy Chenowi film się urwał, okazała się niezbędna interwencja dwóch najsilniejszych mężczyzn. Ib chwycił geologa pod ręce, Gareth za nogi i wspólnie zanieśli go do sypialni. Derks obserwował wszystko z niesmakiem, więc Kelly starała się go pocieszać.
- Nie martw się. Wspólnie jakoś przetrwamy ten wieczór. - poklepała mouka po plecach.
- Mówiłam, że tak się to skończy – westchnęła Hilda i spojrzała na Iba podejrzliwie. Choć wypił nie mniej niż Chen, jakoś w ogóle nie było po nim widać znamion alkoholowego upojenia.
Po zakończonej akcji Derks stwierdził, że potrzebuje pobyć przez chwilę sam i się przewietrzyć. Na szczęście teren wokół hotelu był dość rozległy, więc mouk znalazł sobie dogodne miejsce przy bramie i w blasku latarni sięgnął do swojej torebki. Zerknął na komunikator, tylko po to, by stwierdzić, że nie otrzymał żadnych wiadomości. Właściwie sam nie wiedział, po co zabrał ze sobą to urządzenie, skoro nie był na służbie. Cóż, stare nawyki łatwo nie znikały.
- Hej!
Czyjś głos sprawił, że Derks szybko zamknął swoją torebkę i się odwrócił. To fotograf Sławek zmierzał w jego kierunku.
- Obiecuję, że przybywam w pokoju. Nie będzie żadnego nagabywania. - Mężczyzna symbolicznie podniósł ręce.
Derks nabył sporej tolerancji odnośnie zachowań Ziemian, więc uznał, że nie ma co się denerwować. Wysłucha ze spokojem tego, co fotograf ma mu do powiedzenia i jeśli coś nie będzie mu pasować, to po prostu wymyśli wymówkę i się oddali.
- Chciałem tylko przeprosić – wyznał mężczyzna. - Zrobiłem z siebie idiotę. Pozowałem na nie wiadomo kogo i wykazałem się sporą arogancją.
- Nic się nie stało – uspokoił Derks.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Uf... to kamień spadł mi z serca. Taki ze mnie bałwan, że się nawet nie przedstawiłem, jak należy. Możemy przejść na „ty”? Jestem Sławek. - Mężczyzna wyciągnął dłoń.
- Derks. - Na szczęście mouk umiał witać się jak tubylcy, a że nie dostał zakazu używania prawdziwego imienia, to nie musiał silić się na kreatywność. Wciąż wyczuwał u Ziemianina zdenerwowanie, więc nawet uśmiechnął się, by go trochę uspokoić.
- Fajne imię. Jesteś z USA?
- Tu cię mam, chuju! - Ktoś nagle wrzasnął.
Mężczyzna z wąsem i nieumytymi, brązowymi włosami pojawił się niespodziewanie w bramie. Podwinął rękawy zielonego dresu i zbliżył się do Sławka z morderczym błyskiem w oku.
- Ja to załatwię. - Fotograf szepnął do Derksa i bynajmniej nie przypominał oazy spokoju.
- Oddawaj kasę, chuju! Miałeś to zrobić wczoraj! - warknął ponownie przybysz.
- Spokojnie, Józek. Dostanę resztę za wesele i ci oddam.
- Albo kasa teraz, albo aparat!
- Ale aparat jest mi potrzebny do pracy...
Józek zamachnął się na Sławka, ale nim pięść zdołała sięgnąć twarzy fotografa, Derks chwycił agresora za nadgarstek. Początkowo tylko bardziej rozsierdziło to wąsacza, który próbował wyszarpać swoją rękę z uścisku. Jednak gdy okazało się, że ta ani nie drgnie, twarz Józka zaczęła przybierać wyraz coraz to większego szoku. Derks stał przez chwilę nieruchomo, ze stoickim spokojem trzymając rękę mężczyzny w żelaznym uścisku. Nie podobało mu się, że doszło do aktu agresji, bo bardzo nie chciał ingerować w życie autochtonów, ale nieświadomie wplątał się w całą sytuację, więc musiał jakoś sprawę zakończyć. Puścił nadgarstek, jednocześnie drugą dłonią wymierzając przemyślany cios w gardło. Raz powinno wystarczyć. Józek niemalże wyskoczył z butów i upadł dwa metry dalej, z trudem łapiąc powietrze. Wyglądało to groźnie, ale Derks był pewien, że nie doszło do poważnych obrażeń. Wąsacz wycofał się za ogrodzenie, jak zbity pies, wciąż trzymając się za gardło.
Cisza trwała może kilka sekund. Fotograf wziął głęboki wdech i podrapał się po głowie, jakby wciąż nie do końca wiedząc, co przed chwilą się stało.
- Trenujesz kraftmagę? - wydukał zdumiony.
Za pewne chodziło o jakąś ziemską sztukę walki.
- Zgadza się. - Derks wybrał bezpieczną odpowiedź i ruszył w stronę hotelu.


W sali rozbrzmiewała „Aleja gwiazd”, a goście bawili się w najlepsze. Joanna siedziała przy stoliku swej najbliższej rodziny i wzdychała do Garetha, który obecnie znajdował się na parkiecie. Zachował się bardzo po dżentelmeńsku, prosząc Derksa do tańca. Bez wątpienia postąpił słusznie po tym, jak Chen odpadł z gry, więc Joanna nie miała problemu z tym, żeby na chwilę „pożyczyć” swojego męża.
- Ej, twój kumpel Abz się dziwnie zachowuje. - Maria podeszła nagle do stolika i zaskoczyła starszą siostrę swym nagłym stwierdzeniem.
Lepiej było nie bagatelizować takich sygnałów. Od samego początku Joanna miała pewne obawy, że obcy mogą nie do końca odnaleźć się w nowej sytuacji, dlatego wstała i postanowiła sama sprawdzić, co się dzieje.
Zastała Abza przy podświetlanym basenie. Siedział tam, opierając brodę o kolana, i gapił się w toń wody. Marynarka leżała obok niego. Koszulę miał rozpiętą przy szyi, a rękawy podciągnięte.
- Mogę tu usiąść? - spytała niepewnie panna młoda.
- Pewnie. - Abz rozłożył swoją marynarkę tak, żeby zrobić z niej siedzisko dla koleżanki.
Joanna chwilę się zawahała, ale jednak usiadła na przygotowanym dla niej miejscu i spojrzała na przyjaciela. Nie sprawiał wrażenia szczęśliwego.
- Myślałem, że przywykłem do tych temperatur, ale było mi gorąco... - wyjaśnił z lekkim zakłopotaniem Anahibianin.
Kobieta zdążyła Abza poznać na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie smucił by się tylko i wyłącznie ze względu na zbyt ciepłą noc.
- Ty mi lepiej powiedz, co takiego zrobiłeś, że moja siostra zaczęła się o ciebie martwić.
- No właśnie nic. W tym leży problem. Nie miałem ochoty z nią rozmawiać, ani tańczyć. Ale nie ma w tym żadnej pogardy, przysięgam. Twoja siostra jest w porządku, po prostu... - Abz zaczął nerwowo bawić się zdjętym krawatem. - Nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem. Nie umiem kłamać na taką skalę. Szanuję wasze tradycje, ale ja się tutaj czuję osaczony. Jak to się u was mówi... Jak ryba wyjęta z wody.
- Ale ja cię doskonale rozumiem. - Joanna otoczyła przyjaciela ramieniem. - Nawet nie wszyscy Ziemianie dobrze się czują w takiej sytuacji. Pamiętaj, że nikt cię do niczego nie zmusza.
- Jedzenie jest dobre – rzucił Abz i nawet na moment się uśmiechnął.
- No widzisz? Czyli warto było dla czegoś przylecieć.
- Warto było przylecieć dla was. Tylko zastanawiam się, co powiedzieć twojej siostrze, żeby przestała za mną chodzić. Wiem, że mogę dalej sprzedawać jej zmyślone bajeczki, ale... udawanie Ziemianina... przez tyle godzin, na taką skalę... nie potrafię.
- Jakoś to załatwię. Zawsze mogę powiedzieć, że wolisz mężczyzn – zachichotała Joanna.
- Ani się waż! - Abz podniósł głos i szybko ugryzł się w język. Co za głupi odruch. Tak gwałtowna reakcja bez wątpienia mogła się wydać podejrzana, więc na bladej skórze Anahibianina szybko pojawił się rumieniec. - Przepraszam.
Joanna poczuła się trochę zmieszana, ale postanowiła dyplomatycznie zakończyć temat.
- Żartowałam – rzuciła. - W każdym razie, jeśli męczy cię to wszystko, zawsze możesz pójść do swojego pokoju. Nie musisz czuć się zobligowany wytrwać do końca imprezy.
- Możemy tu jeszcze chwilę posiedzieć. - Abz z powrotem wlepił wzrok w wodę. Jej widok miał uspokajające działanie. A nad głowami świeciły gwiazdy.


Impreza trwała praktycznie do rana. Choć Abz nie odnalazł się w nowej sytuacji i poszedł się wcześnie położyć, Ib zdawał się bawić wyśmienicie. Przepił kilkunastu gości, samemu zachowując przy tym zadziwiającą trzeźwość. Mimo to wesele przebiegało dość kulturalnie i obyło się bez większych incydentów.
- Ciekawe jak to teraz będzie – zamyśliła się Joanna. - Bardzo zmienia się życie po ślubie? - spytała Hildy, która siedziała koło niej na ławce. Miały stąd dobry widok na basen.
- Nie jakoś strasznie. Taka naprawdę duża zmiana to dopiero pojawienie się dzieci – odpowiedziała lekarka.
- W dobrym czy złym sensie? - spytał Derks z lekkim niepokojem. Również siedział obok Joanny, tyle że po jej prawicy.
- Czasem w dobrym, czasem w złym... Jest po prostu... inaczej.
- Serio, nie wierzę, żeby istniało coś, z czym ty miałbyś sobie nie poradzić. - Do rozmowy włączyła się siedząca koło Hildy Kelly.
- To była akurat jedna z rzeczy, o której nie uczyli w Akademii – westchnął Derks.
- Tego się nie da wyuczyć, tak jak tabliczki mnożenia – zauważyła lekarka, gapiąc się w basen. - Pewne umiejętności przychodzą z czasem. Na szczęście większość z nas ma instynkt.
- Pomyślcie o tych wszystkich rzeczach, których dokonaliśmy... - Joanna wlepiła wzrok w niebo. Świt jeszcze nie nadszedł i wciąż było widać gwiazdy. - Myślę, że dla nas już nie ma rzeczy niemożliwych.
- I tej wersji się trzymajmy – zaśmiała się Kelly.
- Dzięki za wszystko – dodała jeszcze panna młoda. - Dzisiaj było wspaniale. Zapamiętam to do końca życia.


Chen obudził się z potwornym bólem głowy i językiem wyschniętym na wiór. Próbował sobie przypomnieć, co działo się poprzedniej nocy i jak trafił do łóżka, ale dalej niż seria toastów jego pamięć już nie sięgała. Sam nie wiedział, co było gorsze, cierpienie fizyczne, czy kac moralny? Nie czuł się tak od czasów studiów i miał nadzieję, że w pijackim widzie nie zrobił niczego, czego mógłby potem żałować. Wytężanie umysłu na nic się nie zdawało, bo większa część wieczoru została jakby wessana przez czarną dziurę. Żaden przebłysk nie był w stanie się z niej wydostać.
Kiedy geolog obrócił się na lewy bok, zauważył, że na łóżku obok siedzi Derks, jakby skamieniały. Po dokładniejszym przyjrzeniu się Chen zdał sobie sprawę, że mouk ma czerwone oczy i posępny, zrezygnowany wręcz wyraz twarzy. Mężczyzna doznał szoku, bo pierwszy raz w życiu widział Derksa w takim stanie.
- O nie... - Chen zwlókł się z łóżka i praktycznie na klęczkach podczołgał się do partnera. - Cokolwiek wczoraj uczyniłem, przysięgam, że kompletnie nie byłem sobą. Wiem, że zjebałem, wiem... Błagam, wybacz mi... - Mężczyzna desperacko chwycił Derksa za dłonie.
W odpowiedzi mouk spojrzał na niego tym przerażająco zdruzgotanym spojrzeniem czerwonych od łez oczu. To było wręcz upiorne.
- Nie chodzi o ciebie... - szepnął Derks z lekką chrypą. - Dostałem zakodowaną wiadomość od Bumagi. Nie możemy wrócić. Stało się coś strasznego.
W jednym momencie Chen zapomniał o kacu.


Nie było sensu informować Joanny i Garetha o zdarzeniu, które miało miejsce lata świetlne od Ziemi. Przynajmniej nie od razu. Młodej parze należała się zabawa i odpoczynek na dobry początek małżeństwa. Jednak pozostali członkowie ISETu wiedzieli o wszystkim. Gdy tylko przyjaciele wrócili do bazy, generał Nesbit zwołał kameralne zebranie w sali odpraw. Panowały ciężkie nastroje, ale zamiast się umartwiać należało racjonalnie przeanalizować sytuację.
- Derks i Ormiks śpią. Dostali środki uspokajające. - Hilda weszła jako ostatnia i zajęła swoje miejsce. - Naprawdę potrzebowali snu. Te leki nie powinny zaszkodzić dziecku.
Sądząc po tym, jak Chen nerwowo zaciskał pięści i jemu przydałyby się środki uspokajające, ale odmówił, twierdząc, że musi wziąć udział w zebraniu, chociażby w imieniu Derksa.
- Zacznijmy od przedstawienia faktów – podjął generał, zaglądając w swoje papiery. - Z Mloku został wysłany sygnał podprzestrzenny, nim utraciliśmy z nim łączność. Wiadomo, że to imperium Sitis dokonało aktu agresji, wprowadzając w systemy Enis jakiegoś wirusa. Wygląda na to, że naomici przejęli kontrolę nad całym Mlokiem. Skontaktowaliśmy się z innymi planetami Sojuszu i dobra wiadomość jest taka, że nie użyto żadnej broni masowego rażenia, jeśli wierzyć skanerom dalekiego zasięgu. Ale obawiam się, że na tym dobre wieści się kończą. Jeden ze stifiańskich okrętów akurat znajdował się w zasięgu Mloku i miał zbadać sytuację w drodze do ojczystego świata. Niestety i z nim utracono łączność, więc prawdopodobnie naomici też go przejęli.
- Niektórzy w Enis czuli, że coś się święci... Przyspieszyli szczyt dyplomatyczny, żeby temu zapobiec... - Chen niemalże wbił paznokcie w swoje kostki. - Kurwa! - Uderzył pięścią w stół i ukrył twarz w dłoniach, na co Hilda przyjacielsko potarła go po karku.
- Na razie zbliżanie się do Mloku jest zbyt niebezpieczne, więc naturalnie nasi goście mogą liczyć na azyl – wyjaśnił ze spokojem generał.
- Z całym szacunkiem, ale to oznacza zamknięcie ich w tej bazie na nie wiadomo jak długo – powiedział Chen, starając się ukryć zdenerwowanie, co nie do końca mu wychodziło.
- Nie mogę dać gwarancji, że otrzymają pozwolenie na jej swobodne opuszczanie – przyznał dowódca z żalem. - Ale dopilnujemy, by ich pobyt tu przebiegał w miarę możliwości komfortowo.
- Na Anahibi nie ma takich obostrzeń. - Abz nagle wtrącił się do rozmowy, nieco ożywiając atmosferę. - Mało tego, obecnie to chyba najbezpieczniejsze miejsce w kosmosie. Fakt, pogoda nie rozpieszcza, ale póki co mamy wszystko pod kontrolą.
- Abz ma rację, to dużo lepsze rozwiązanie, niż trzymanie ich w zamknięciu na Ziemi. - Dodał z powagą Ib. - Po naszej własnej tragedii Anahibianie stali się niezwykle solidarni i empatyczni. Przyjmą przybyszów z otwartymi rękami. Do tego, powiedzmy sobie szczerze, przyda nam się każda pomoc w odbudowie naszego świata.
W ramach aprobaty Hilda uśmiechnęła się i złapała męża czule za dłoń.
- Panie Li? - Generał spojrzał wymownie na Chena, przede wszystkim wyczekując jego opinii.
- Naturalnie trzeba będzie ich spytać, ale myślę, że Derks i Ormiks się zgodzą. Rozumieją sytuację i bezpieczeństwo jest teraz naszym priorytetem. Mamy zaufanie do Anahibian – odparł geolog, sprawiając już wrażenie nieco spokojniejszego. - Tylko co ze mną? W pewnym sensie jestem teraz bezrobotny.
- O to się proszę nie martwić. Na Anahibi jest mnóstwo pracy dla geologa. Mogę pana dopisać do grupy badawczej. - Dowódca zebrał swoje papiery i wstał. - No to przynajmniej już wiemy, na czym stoimy.


Wewnętrzne, awaryjne systemy bazy póki co działały sprawnie, ale podniesienie wszystkich w stan najwyższej gotowości wywołało wiele napięć. Nikt już nie miał złudzeń, że skończyły się czasy spokoju, a najczarniejsze scenariusze stały się przerażająco realne. Na zarządzającym placówką Szefie spoczywała ogromna odpowiedzialność. On i dorównujący mu rangą Bumaga musieli natychmiast ustawić wszystkich do pionu, wydać rozkazy i absolutnie nie dopuścić do upadku morale. Nie należało to do prostych zadań, biorąc pod uwagę, że wiele osób znalazło się na skraju paniki lub załamania.
Bubamara siedział skulony w kącie, nie zważając na co chwilę przebiegające przez korytarz osoby. Cały się trząsł, oczy nabiegły mu łzami i czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Miało być łatwo, tyle czasu przygotowywał się psychicznie na ten moment, odgrywał w umyśle swą rolę tysiące razy i co? W jednej chwili wszystko prysło, posypała się cała jego pewność siebie. Może nigdy nie był gotów? Może błądził od samego początku? Inni nie mieli pojęcia, co się dzieje w jego umyśle. Widzieli tylko przerażonego asystenta, który po prostu spanikował, jak co poniektóre słabsze ogniwa. Ale cierpienie Bubamary było znacznie potworniejsze, niż strach przed widmem wojny. To poczucie winy zżerało go od środka. Wyrzuty sumienia i obrzydzenie do samego siebie nagle wypełzły z ukrytych zakamarków podświadomości, by umęczyć jego duszę do reszty. Bo dopiero teraz w pełni zdał sobie sprawę, jak paskudnego czynu się dopuścił. I prawdopodobnie nic nie było już w stanie go zrehabilitować. Zniszczył samego siebie, pociągając za sobą na dno wiele innych osób, które nie zasłużyły sobie na taki los.
- Wypłakałeś się? To do roboty! Nie ma czasu na biadolenie! - huknął Bumaga, wytrącając Bubamarę z transu.
Młody asystent wlepił przerażone spojrzenie w komandora i praktycznie skamieniał. Otworzył usta, ale poza drżeniem warg nic nie nastąpiło. Żaden dźwięk się nie wydostał się z zaciśniętego gardła.
- Słyszysz mnie? Wiem, że czujesz, jakby cię to wszystko przerastało, ale jeśli będziemy działać szybko to...
- Zrobiłem coś strasznego! - wykrzyknął nagle Bubamara, zanosząc się kolejną falą łez.
Bumaga póki co zachowywał spokój, ale nie mógł zignorować dziwnej wypowiedzi młodzieńca.
- Co zrobiłeś? - spytał stanowczo, lecz bez podnoszenia głosu.
- Pomagałem im... - wydukał asystent, z trudem łapiąc powietrze. - Przekazywałem... informacje... naomitom...
W jednej sekundzie energetyczny pistolet Bumagi był już wycelowany w asystenta.
- Podnieś ręce, obróć się i stań oparty dłońmi o ścianę – padł beznamiętny rozkaz z ust komandora.


Wszystkie enisyjskie bazy posiadały blok więzienny, składający się z kilku cel i pokoju przesłuchań. Bumagę świerzbiła ręka, ale opanował przemożną chęć przerobienia zdrajcy na krwawą miazgę. Liczyła się każda sekunda i więzień musiał być w pełni przytomny, żeby zeznawać. Na szczęście wyglądało na to, że Bubamara nie potrzebował dodatkowej zachęty, bo wyraźnie nie wytrzymał presji i rozkleił się całkowicie. Oczy miał czerwone i napuchnięte, łzy ciekły po jego policzkach, a oddech miał nierówny i przyspieszony. Przykuty do krzesła w pokoju przesłuchań, wyglądał tak, jakby na torturach spędził już przynajmniej kilka godzin.
- Szpiegowałeś nas od samego początku twojego pobytu w placówce? - spytał z powagą Szef i oparł się tyłem o metalowy stół, wiercąc wzrokiem dziurę w nieposłusznym asystencie.
- Tak... - jęknął młodzieniec.
- Co wypaplałeś naomitom? - warknął Bumaga.
- Przekazywałem im, czego udało wam się dowiedzieć na ich temat... Drobne rzeczy... Byłem tylko pionkiem... Mieli znacznie potężniejszą wtyczkę...
- Kto? - Szef wciąż trzymał emocje na wodzy.
- Komandor Aikon...
- Co takiego?! - zbulwersował się Bumaga.
Mało kto lubił Aikona, ale nikomu nie przyszłoby do głowy, że mógł dopuścić się zdrady stanu.
- Skąd mamy ci wierzyć? - spytał Szef.
- Miałbym się sam przyznawać, do tego, co zrobiłem, żeby potem kłamać? - jęknął Bubamara. - Aikon siedział w tym od dawna. To on pomógł uciec Izizijowi Wirowi i dostarczył go naomitom.
Z jednej strony Bumaga absolutnie nie chciał zaakceptować tego wszystkiego, co usłyszał, z drugiej, sądząc po tym, w jakim stanie był młodzieniec, istniało niewielkie prawdopodobieństwo, żeby kłamał. Siwy komandor czuł, że wzbiera w nim wściekłość tak straszliwa, że zabiłby zdrajcę tu i teraz, gdyby nie to, że go potrzebowali. W przeciwieństwie do Szefa z trudem udawało mu się trzymać emocje na wodzy, ale nie miał wyjścia. Teraz liczyło się przede wszystkim bezpieczeństwo bazy.
- Po co Akion miałby zdradzić? - Bumaga spytał z resztką nadziei, że może się przesłyszał.
- Cierpi na chorobę pustelną... Na tyle wczesne stadium, że zdołał to ukrywać... Chodzą słuchy, że Wir jest jedynym, który był bliski wynalezienia lekarstwa, ale brakło mu do tego warunków... - tłumaczył Bubamara, już odrobinę spokojniej. - Naomici mieli mu je zapewnić oraz... wykorzystać jego umiejętności do innych celów.
- Jakich celów? - padło z ust Szefa.
- Modyfikacje... Stworzenie super wojowników...
- Niech zgadnę, mają oddział wywronów – dodał Bumaga.
- Podobno...
- Nie to jest w tym momencie najważniejsze. - Szef zaczął nerwowo przechadzać się po pokoju. - Jeśli to wszystko prawda, Aikon prawdopodobnie wyjawił im takie informacje, że mają nas na talerzu. Zna położenie wszystkich baz, nasze kody... - Dowódca przystanął, gdy ogarnęło go niemałe przerażenie. Spojrzał ponownie na Bubamarę. - Wkrótce przypuszczą szturm na bazę, zgadza się?
Więzień oblizał wysuszone wargi i wziął głęboki wdech.
- Tak sądzę... - wyznał pełen obaw.
- Musimy przerwać ciszę radiową i ostrzec pozostałe jednostki – rzucił nerwowo Bumaga. - Nasze położenie i tak zostało odkryte.
- Znają nasze kody – zauważył Szef.
- Użyjemy jednego ze starych szyfrów. W bazach są zwoje z danymi, których nawet Aikon nie mógł tak po prostu wynieść.
- Idę to załatwić, a ty dowiedz się jak najwięcej. - Szef wybiegł z pokoju.
Bumaga został sam na sam z więźniem i choć wciąż go korciło, by uczynić najgorsze, póki co racjonalizm wygrywał z żądzą zabijania. Przynajmniej do pewnego stopnia.
- Wiem, że to nieistotna informacje, ale... dlaczego zdradziłeś? Czego ci tu brakowało, do jasnej cholery?! - warknął komandor.
- U mnie również wykryto wadliwy gen... - Bubamara zwiesił głowę. - Aikon mnie przekonał. Jest w tym dobry. Za dobry. Obiecywał, że wielu zyska na tym lekarstwie, a także na powstaniu nowego imperium. Że wszystko przebiegnie bezkrwawo, że... po prostu będzie inaczej... i się jakoś w tym odnajdziemy... Ja... - Młodzieniec spojrzał na komandora przepełnionymi żalem oczami. - Wtedy nie wiedziałem, że to będzie takie... Błagam o przebaczenie! Zrobię wszystko!
- Nie mogę uwierzyć, że dopuściłem takie ścierwo, jak ty do Derksa – wysyczał Bumaga, zaciskając pięści. Przebaczenie? Z trudem powstrzymywał się przed tym, by dzieciaka nie zabić. Każda komórka jego ciała krzyczała z wściekłości.
- Czy Derks jest bezpieczny?
W jednej sekundzie pięść Bumagi spotkała się z twarzą zdrajcy. Komandor potrafił bić mocniej, ale i tak sobie nie żałował. Głowa młodzieńca odskoczyła w bok, a z nosa pociekła stróżka krwi. Na szczęście nie stracił przytomności. Bardzo dobrze. Musiał odpowiedzieć jeszcze na wiele pytań.

sobota, 5 stycznia 2019

Wyzwania, Rozdział XIII

Rozdział XIII

Gdy tylko Ormiks usłyszał o podróży Derksa na ziemski ślub, zrobił się kłopotliwy i to delikatnie sprawę ujmując. Na każdym kroku dawał dosadnie do zrozumienia, jak bardzo marzy o uczestnictwie w takiej wyprawie. „Nigdy nie byłem na Ziemi”, „nigdy nie byłem na ślubie”, „potrzebuję się wyrwać”, „pragnę przygody”, „proszę, weźmie ze sobą”, „nie będę rzucać się w oczy”, „na pewno jedna osoba więcej nie zrobi im różnicy” i tak dalej, i w zasadzie na każdy argument Derksa Ormiks znajdował natychmiastową ripostę.
Początkowo Derks opierał się niewzruszenie, ale z czasem jego asertywność i cierpliwość zaczęły się wyczerpywać aż pewnego dnia...
- Jak mogłeś się na to zgodzić?! - uniósł się Chen podczas niby niezobowiązującej rozmowy przy obiedzie. - Myślałem, że postawiliśmy sprawę jasno.
- No cóż, w zasadzie to Bumaga mnie przekonał – wyjaśnił ze spokojem Derks.
- Bumaga?
- Spotkaliśmy się na siłowni...


Ostatnimi czasy Derks rzadko widywał swego mentora, więc gdy tylko zauważył, że Bumaga wkroczył na salę treningową, skończył się rozciągać i pobiegł do przyjaciela w te pędy, uśmiechając się szczerze. Zaczynało mu brakować wspólnych ćwiczeń. Co prawda Bumaga raczej nie wyglądał na tryskającego energią, ale to nie zniechęciło młodszego mouka, by do niego zagadać. Naturalnie ze względu na swój stan Derks oszczędzał się bardziej niż kiedyś, ale wciąż mógł sobie pozwolić na całkiem sensowną dawkę wysiłku. Merike nad nim czuwał i póki co wszystko przebiegało pomyślnie.
- I co, rozgryzłeś tę sprawę Izizija? - spytał Derks, nie kryjąc ciekawości.
- Nie, utknąłem w martwym punkcie – mruknął Bumaga. - Muszę się wyżyć. - Komandor podszedł do worka treningowego i zaczął walić weń gołymi rękami.
- A może by tak sparring na kije? Z ochraniaczami.
- O nie, nie ma opcji. Nawet z ochraniaczami. Może i jestem nadopiekuńczy, ale nie zaryzykuję.
- To chodźmy postrzelać.
Na szczęście wirtualna strzelnica również pozwalała zredukować napięcie, więc Bumaga przyjął propozycję ze względnym zadowoleniem, jeśli obecnie w jego przypadku w ogóle dało się użyć takiego słowa. Zaprojektowana przez Wrena holograficzna plansza pozwalała ustawiać różne programy i poziomy trudności, więc przyjaciele wybrali tak zwaną „wersję nie na poważnie”, w której to strzelało się do kolorowych, puchatych stworzeń.
Aby jeszcze bardziej rozładować atmosferę, Derks opowiedział dokładnie o swoim zaproszeniu na Ziemię i naprzykrzającym się Ormiksie.
- Weźcie sobie dłuższy urlop i pozwiedzajcie więcej planet – rzucił niespodziewanie Bumaga, nawet na moment nie odrywając się od strzelnicy.
- Jakoś tego nie planowałem – przyznał Derks. Trochę go zaskoczyła sugestia przyjaciela.
- Smarkaczowi przyda się nieco obycia we wszechświecie, zresztą... - Bumaga nagle przestał strzelać, zwiesił głowę i westchnął. - Mam złe przeczucia.
- O co ci chodzi? - Zaniepokojony Derks również odłożył broń. Znał komandora na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie należało bagatelizować jego instynktu. Każdy mógł powiedzieć, że ma złe przeczucia, ale oczy Bumagi nie kłamały, a on sam nigdy niepotrzebnie nie siał paniki. Coś naprawdę musiało być na rzeczy.
- Zbliża się przyspieszony szczyt dyplomatyczny i już teraz podniesiono mobilizację służb bezpieczeństwa na maksa. Po prostu poczuję się spokojniej, jeśli was tu wtedy nie będzie – wyznał Bumaga i choć Derks odnosił wrażenie, że ten nie mówi mu wszystkiego to i tak czuł się już wystarczająco przekonany.



- Chcesz powiedzieć, że decydujący wpływ na ciebie miało... przeczucie Bumagi? - Chen popatrzył na Derksa z lekkim sceptyzmem.
Mouk westchnął i rozłożył ramiona.
- Co mi zależy? Zaszkodzić nie zaszkodzi, a przynajmniej będzie więcej spokoju – stwierdził.
- Ale wiesz, że oni nie puszczą Ormiksa na ten ślub?
- Wiem. Ale on nie. - odparł Derks z podejrzanym uśmieszkiem.


Derks miał w pracy całkiem dobrze. Fakt, posadzili go za biurkiem, ale za to mógł używać służbowego statku kosmicznego najnowszej generacji, wyposażonego w mechanizm zaginania czasoprzestrzeni. Ze względu na szybkość tej niezwykłe maszyny, Derks nazywał ją „Błyskiem”, ale Chen z uporem maniaka określał wehikuł mianem „Multipli wśród statków gwiezdnych”. Derks nie do końca wiedział, o co chodzi, więc Chen go oświecił. Jego zdaniem statek wyglądał po prostu brzydko, a nawet śmiesznie. Trochę jak wielka maszynka do golenia, przy czym „ostrze” stanowiło silniki, a „rączka” dziób. Biało-niebieskie barwy nie pomagały, choć w odczuciu Chena i tak wyglądało to lepiej niż biało-różowe. W drugim przypadku uznałby, że będzie podróżować w maszynce damskiej. I tak nie zmieniało to faktu, że statek miał być po prostu funkcjonalny, więc poza pieszczotliwym droczeniem się, temat wyglądu maszyny nie był w ogóle istotny. A rzeczywiście funkcjonalność nie podlegała dyskusji. Podróż z miejsca na miejsce odbywała się w mgnieniu oka, do tego bez wgniatania w bez wątpienia wygodne fotele. I choć statek do wielkich nie należał, w kokpicie spokojnie mieściły się trzy osoby, bez włażenia jedna na drugą.
Kolejną zaletą Błysku był wysoko wyspecjalizowany kamuflaż, który przydawał się ogromnie podczas lotów na Ziemię. W głębi duszy Chen miał nadzieję, że za jego życia program ISET zostanie ujawniony i nie trzeba będzie kryć się z każdą wizytą obcych, ale niestety na razie się na to nie zanosiło i lepiej było nie kusić losu. Zwłaszcza w czasach internetu i wszechobecnych filmików na YouTube, przedstawiających teorie spiskowe i rzekome zdjęcia UFO. Cała ironia polegała na tym, że niektóre z nich mogły nawet okazać się autentyczne.
Dreszczyk emocji zawsze towarzyszył przy schodzeniu na powierzchnię i to nawet nie ze względu na poczucie niebezpieczeństwa. Po prostu był to ten moment, kiedy wpatrywało się w przybliżający się horyzont, myśląc sobie: „Już zaraz będę na miejscu, na mojej własnej planecie”. Nawet po tylu lotach to uczucie nigdy nie mijało. Dźwięk instrukcji dobywających się z radia tym bardziej uświadamiał, jak już niewiele brakowało do bezpiecznego lądowania.
- Widzimy was. Ustawiam się nad lądowiskiem. Jest nas troje, tak na marginesie. - Derks najwyraźniej uznał za stosowne uprzedzić gospodarzy o nadprogramowej osobie.
- Słyszeliśmy. Gratulacje – odezwał się głos w radiu.
- Chodziło mi o mojego siostra. - Derks zaśmiał się pod nosem.
Statek osiadł powoli, z gracją motyla, a kopuła nad lądowiskiem zaczęła się zamykać. Chen naprawdę nie wiedział, jakiej reakcji spodziewać się ze strony generała Nesbita. Ten jego wygląd wilka morskiego, z siwą brodą i nieco szalonym błyskiem w oczach, sprawiał, że Chen uważał go za człowieka nieprzewidywalnego. Choć kiedy dowódca przywitał się po wyjściu pasażerów z machiny, wyglądał raczej na pogodnego, ale i tak ciężko było określić szczerość jego uśmiechu.
- To mój sióstr, Ormiks. - Derks nie owijał w bawełnę. Bijąca od niego pewność siebie i swoista zuchwałość trochę zaniepokoiły Chena, ale na szczęście mouk wykazał się też kulturą. Nie dość, że ukłonił się w mlokańskim stylu, to jeszcze uścisnął generałowi dłoń.
- Generał Harry Nesbit, dowódca ISET. Niezmiernie mi miło, że mogę poznać kolejnego przedstawiciela waszej rasy, ale ubolewam, że nie uprzedzono mnie o tym. - Generał przywitał się również z Ormiksem.
- Jestem pewien, że coś przebąkiwałem – wymamrotał Chen, starając się nieco uratować sytuację.
- Cóż, nie dotarła do mnie ta informacja. Naturalnie z przyjemnością ugościmy Ormiksa w naszej bazie, ale nie mogę zezwolić mu na jej opuszczenie.
- Nie pójdę na ślub? - wydukał młodszy mouk w taki sposób, jakby nagle zniszczono jego marzenie.
- Przepraszam na moment. - Derks otoczył siostra ramieniem i oddalił się z nim na kilka kroków. - Posłuchaj mnie. - Spojrzał Ormiksowi prosto w oczy, w bardzo poważny sposób. - Może i nam nie ufają, ale będą się chcieli o tobie dowiedzieć jak najwięcej. Jesteś drugim przedstawicielem naszej rasy, jakiego widzą na oczy. Jesteś teraz jakby ambasadorem. Potraktują cię honorowo, a twoim celem jest nauczyć ich jak najwięcej o naszej kulturze. Do tego przydałby mi się ktoś, kto pod moją obecność sprawdzałby, czy nie ma żadnych przekazów podprzestrzennych z Mloku.
- Ale ja nie umiem tego obsługiwać – jęknął skwaszony Ormiks.
- To cię nauczę. A jak już wrócę, to polecimy jeszcze na jakąś wycieczkę.
- Gdzie?
- To niespodzianka.
Na dźwięk ostatniego słowa Ormiks wyraźnie rozpromieniał, choć Derks tak naprawdę sam nie miał pojęcia, dokąd zamierzał polecieć. Potrzebował jakoś udobruchać swojego siostra i uznał to za najlepszy sposób. Zachował się strasznie protekcjonalnie i zdawał sobie z tego sprawę. Nawet zrobiło mu się trochę głupio, ale nic nie mógł na to poradzić, że Ormiks wciąż był dla niego małym siostrzyczkiem.
- Jeśli państwo pozwolą tędy... - Generał przerwał naradę i wskazał drogę do wyjścia z lądowiska. - Musicie... a w zasadzie Derks musi zapoznać się z regulaminem przebywania na zewnątrz. Ograniczenie interakcji z ludnością rdzenną do minimum i inne takie. To ważne.
- Hilda i chłopaki już są? - zagadnął Chen, gdy tak podążali w stronę bramy strzeżonej przez uzbrojonych mężczyzn.
- Jeszcze nie, ale spodziewamy się ich lada moment – odparł generał.
Na myśl, że dawny zespół badawczy znów znajdzie się w komplecie, Chena przeszywał miły dreszczyk emocji. Ach, wspomnienia, wspomnienia. Wreszcie spotkają się razem, on, Joanna, Gareth i Hilda. Kelly również. Już nie mógł się doczekać.


Ślub miał się odbyć w Zakopanem, miejscu urodzin Joanny. Górskie miasto nawet zauroczyło Chena, choć żałował trochę, że nie może pokazać Derksowi swoich własnych, rodzinnych stron. Ale i tak było co podziwiać, na przykład widok na góry, który rozciągał się z okna pokoju w czterogwiazdkowym hotelu. Modernistyczny wystrój trochę kontrastował z przaśnością stolicy polskich Tatr, ale obecnie głowę Chena bardziej zaprzątało strojenie się na uroczystość. Stał przed dużym lustrem i z ogromnym pietyzmem wiązał czarny krawat, tak by leżał jak najbardziej równo. Nie żeby geolog przywiązywał jakąś szczególną wagę do wyglądu, ale uznał, że na taką okazję wypada zadbać o swój wizerunek. Prosty, czarny garnitur i czerwona koszula pasowały mu, a włosy splecione w warkocz sprawiały, że czuł się wygodnie i schludnie.
- I jak? - spytał z dumą, odwracając się w stronę Kelly, która właśnie czesała Derksa.
- Ale ciacho – odparła dziewczyna z sugestywnym uśmieszkiem. - Wiesz, że lubię czerwony. - Rzeczywiście psycholog sama przywdziała karmazynową suknię, ozdobioną delikatnymi koronkami. Trochę śmiesznie się komponowała z nieodzowną burzą warkoczyków na głowie.
Derks milczał, ale na szczęście jego wzrok nie zdradzał żadnych negatywnych emocji. Właściwie znosił zabiegi Kelly z niebywałym spokojem. Kobieta sama zaoferowała, że pomoże, bo regulamin raczej nie dopuszczał wizyty w lokalnym salonie fryzjerskim. Właściwie Derks miał tylko dwa wyjścia, mógł pójść jako mężczyzna lub jako kobieta i zdecydował się jednak na drugą opcję. Po pierwsze było to praktyczniejsze w jego sytuacji, a po drugie, jak sam stwierdził, w ten sposób mógł „tańczyć ziemskie tańce dla dwojga bez wzbudzania zgorszenia”. Chen prawie się wzruszył.
- No dobra, jeszcze ostatni akcent. - Kelly wyjęła z torebki różową szminkę i musnęła nią usta niebywale posłusznego Derksa.
Mouk wstał i poprawił sukienkę, którą psycholog sama pomogła mu zdobyć. Sięgała kolan, a przeplatający się róż z czernią tworzyły kwiecisty wzór. Raczej nie należała do wyzywających i dobrze maskowała uwidaczniające się od niedawna krągłości. Nieco poszarpane rękawy dodawały „pazur” i Kelly promieniała z dumy, kiedy podziwiała swoje dzieło.
- Myślałam, żeby je spiąć, ale lepiej będzie zasłonić te dziwne uszy – powiedziała, poprawiając lekko pofalowane włosy swego „modela”. - Och, zapomniałabym! - chwyciła torebkę pod kolor sukienki i wręczyła Derksowi. - To ważny element.
- Dziękuję. Mam nadzieję, że w ten sposób nie będę zwracać na siebie zbytniej uwagi. - Mouk podszedł do lustra i zaczął przyglądać się sobie z zaciekawieniem.
- Żartujesz? Wszyscy będą zwracać na ciebie uwagę. Wyglądasz jak bogini! - wypalił Chen, nie mogąc oderwać wzroku od swego towarzysza. W odpowiedzi Derks spojrzał na niego z niepokojem, jakby nie będąc pewnym, czy właśnie usłyszał komplement, czy przestrogę. - To znaczy... jest jak trzeba. Na ślubie wszyscy muszą ładnie wyglądać. Nie sądziłem, że Kelly skrywa taki talent – sprostował geolog.
- Mam dwie młodsze siostry, to było na kim ćwiczyć. - Kobieta wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Słowa nawet w połowie nie potrafiły oddać tego, co Chen właśnie czuł na widok Derksa. Zachwycał się swym partnerem już wcześniej, ale teraz mouk wszedł na zupełnie inny poziom seksapilu. Gdyby tylko nikogo nie było w pokoju. Gdyby tylko nie musieli się zaraz zbierać...
Rozległo się pukanie do drzwi i po chwili do środka weszła Hilda w towarzystwie Iba i Abza. Anahibianie wyglądali jak bracia i takich też mieli udawać. Ubrali identyczne grafitowe garnitury, z tą różnicą, że Abz miał muszkę i białą koszulę, a Ib niebieską z ciemnym krawatem.
- No, no, ale się wszyscy wyelegantowali... - Hilda ogarnęła spojrzeniem swoich kompanów. Sama wpisywała się w kanon, gdyż jej obcisła, błękitna sukienka była bardzo szykowna. Prosta, z szerokim dekoltem. - To co, idziemy? - Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
Nadeszła pora by stawić czoła wielkiemu wydarzeniu.


Stary, drewniany kościół, stojący przy wąskiej drodze tuż przy strumieniu, musiał pomieścić dzisiaj naprawdę wiele osób. Zdawał się wręcz trochę za mały na tak dużą ceremonię, ale nic dziwnego, że para wybrała właśnie ten, biorąc pod uwagę jego unikalne piękno. Dominowały tu rustykalne zdobienia i góralskie motywy na witrażach, więc każdy amator lokalnej architektury odnalazłby się w nim bez problemu. Z drugiej strony można by zachodzić w głowę, po co Gareth i Joanna zdecydowali się pobrać w kościele katolickimi, skoro sami zdawali się niezbyt związani z tą religią. Cóż, posiadanie góralskiej rodziny zobowiązywało. Jednak w tym momencie nie miejsce, lecz sama para przykuwała uwagę gości, gdy kroczyła w stronę ołtarza: Gareth w granatowo-szarym mundurze Royal Air Force, zaś Joanna w ekscentrycznej sukni, krótkiej z przodu i długiej z tyłu, przepasanej sporą kokardą. Kobieta dzierżyła w dłoniach bukiet z białych róż i spoglądała raz w prawo, raz w lewo, wyłapując z tłumu najbliższe jej osoby. Uśmiech nie znikał jej z twarzy, jakby się do niej przykleił na stałe. Nawet Gareth nie próbował powstrzymywać swych emocji i również cieszył się jak głupi.
W odczuciu pary młodej ceremonia zleciał w mgnieniu oka i aż trudno było uwierzyć, że oficjalnie stali się małżeństwem. Trzeba jednak przyznać, że delektowali się każdym momentem zaślubin. Zwłaszcza sakramentalne „tak” i wymiana obrączek pozostawiły w ich umysłach niezmazywalny ślad. To niewielkie, złote kółko od teraz już na zawsze miało im przypominać o niezwykłej, unikatowej atmosferze w tamtej chwili.
W końcu przyszedł czas na zabawę w dużej, hotelowej sali. Stoły zostały suto zastawione półmiskami wędlin, sałatek, ciastami i owocami, a wkrótce podany został też rosół. Co prawda Gareth i Joanna wciąż tak przeżywali ślub, że ciężko było im nawet myśleć o jedzeniu, jednak Anahibianom apetyt dopisywał, gdy ochoczo zagryzali rosół sernikiem. Aczkolwiek, gdy pojawiło się drugie danie, Hilda musiała im przypomnieć o sztućcach. Całe szczęście para młoda pomyślała o wszystkim i posadziła wszystkich kolegów z załogi przy jednym stoliku, więc istniała niewielka szansa, że szersze grono zauważy ich specyficzne zachowanie.
- Te wszystkie ścięte kwiaty... - westchnął Derks z bólem serca.
- Wciąż to przeżywa – zauważył Chen, kiedy Kelly nalewała mu wódki.
- Na waszym miejscu uważałabym, jeśli chcecie dotrzymać do nocy. - Hilda popatrzyła na przyjaciół dość wymownie i sama odmówiła mocnego trunku.
- Spokojnie, znam swoje możliwości. To nie pierwsze wesele w moim życiu. - Chen wypił wszystko, starając się za wszelką cenę nie skrzywić.
- Ale zakładam, że pierwsze polskie.
- A ty już byłaś na takowym?
- No właśnie tak się składa, że byłam i swoje widziałam.
- Jak dla mnie to wcale nie jest takie mocne. - Ib pomlaskał, gdy wódka znalazła się na jego języku i nie wyglądało na to, żeby zrobiła na nim szczególne wrażenie.
Abz tylko wypił ze spokojem i wzruszył ramionami.
- Nic szczególnego – stwierdził.
Gdy goście nico odpoczęli po obiedzie, przyszła kolej na tańce. Zaczęli oczywiście państwo młodzi od popisowego walca wiedeńskiego, który wyszedł im nie najgorzej, zaś nieco później kapela zaprosiła na parkiet pozostałych uczestników imprezy. Gdy tylko zaroiło się od pląsających par, Derks spojrzał wymownie na Chena. Ponieważ nie doczekał się reakcji ze strony geologa, zmarszczył brwi i wykrzywił usta w grymasie.
- Mieliśmy tańczyć ziemskie tańce dla dwojga – mruknął.
- Nie zdążyliśmy ich przećwiczyć...
- Słaba wymówka.
Ponieważ surowy wzrok Derksa praktycznie wiercił w Chenie dziurę, ten w końcu dał za wygraną i z niepewnym wyrazem twarzy udał się w stronę parkietu, ciągnięty przez swego towarzysza. Hilda postanowiła pójść w ślady swych przyjaciół, najpierw, podobnie jak Derks, wiercąc wzrokiem dziurę w swym mężu, a gdy to nie zadziałało, postanowiła darować sobie słowne sugestie i po prostu pociągnęła Iba za ramię. Po chwili przy stole został sam Abz, bo Kelly udała się do toalety. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo z ochotą kontynuował jedzenie, napychając się kiełbasą i bananami. Wreszcie jakieś miejsce, w którym zdrowy Anahibianin mógł w pełni zaspokoić swój głód. Nie to, co Ziemska baza i Spacediver, gdzie bez dodatkowych batonów się nie obeszło.
- Hej, mogę się tu na chwilę dosiąść? - do Abza podeszła nagle młoda, długowłosa blondynka w popielatej sukni. Anahibianin skojarzył, że była świadkiem Joanny.
- Pewnie – odpowiedział.
- Jestem Maria, siostra Aśki. - Dziewczyna z uśmiechem uścisnęła mężczyźnie dłoń i usiadła.
- No tak! Miło mi poznać, jestem Abz.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- No... nie.
- A skąd jesteś?
- Z bardzo, bardzo daleka.
- Rozumiem, lubisz być tajemniczy. - Kobieta zachichotała. - Ale serio mi nie powiesz?
- To takie zadupie. Nic ciekawego.
- Oj tam... Jak Aśka cię zaprosiła, to znaczy, że musisz być interesujący. Pracowaliście razem na Antarktydzie, prawda?
- Zgadza się.
- I czym się tam zajmowałeś?
- W sumie to podobnymi rzeczami, co ona. Uwierz mi, też nie jest to super ciekawe.
- Skoro tak twierdzisz... - westchnęła dziewczyna. Po chwili wskazała na kieliszek – Może się napijemy?
- Okej.
Abz uznał, że grzeczność nakazuje, by on nalała, więc też to uczynił. Wznieśli toast za parę młodą i wypili. Po raz kolejny jakichś szczególnych doznań w Anahibianinie to nie wywołało. Nastała krótka pauza w rozmowie.
- Pomyślałam, że jakbyś chciał potańczyć i nie miał z kim to... - Maria wypaliła po chwili. - Wiem, trochę odważne. Ale nie traktuj tego, jak podryw, czy coś... Po prostu tak się składa, że świadkiem Garetha jest jego starszy brat, a on jest żonaty, więc... tak trochę głupio, żebym z nim tańczyła... Kurczę, niepotrzebnie wypiłam te banie. Alkohol za bardzo mnie ośmiela.
- Spoko, nie przejmuj się – uśmiechnął się Abz. - Miło, że pomyślałaś akurat o mnie. Ale teraz trochę za dużo zjadłem. Może później...
- To może mi opowiesz coś więcej o sobie?
Normalnie Abz nie miałby nic przeciwko, żeby lepiej zapoznać się z siostrą Joanny, ale problem polegał na tym, że jego pobyt na weselu podlegał wielu restrykcjom. Sam podpisał deklarację, że zobowiązuje się ograniczyć kontakt z rdzenną ludnością do minimum. Oczywiście to nie znaczyło, że nie wolno mu z nikim rozmawiać, ale pod żadnym pozorem nie mógł ujawniać prawdy na swój temat. Zmyślić kilka rzeczy to nie problem, ale bał się prowadzenia dłuższych rozmów bez możliwości bycia sobą. Przebąknął kilka rzeczy o swojej pracy i poczuł ogromną ulgę, gdy wróciła Kelly, bo ta przejęła pałeczkę w rozmowie. I cóż, nie musiała tyle udawać.


Joanna uparła się, że musi mieć choć jedno zdjęcie z załogą Spacedivera, co zresztą spodobało się Garethowi, który przyznał, że sam myślał o czymś takim. Dlatego kiedy fotografie rodzinne mieli już za sobą, zgromadzili się wraz z przyjaciółmi na małym punkcie widokowym nieopodal hotelu. Góry wyglądały stąd majestatycznie, do tego światło słoneczne padało pod idealnym kątem, więc należało korzystać z okazji. W rolę fotografa wcielił się Sławek, kolega Joanny, z którym swego czasu eksplorowała Grenlandię. Choć z zawodu był hydraulikiem, jakiś czas temu stwierdził, że potrzebuje odmienić swoje życie i postanowił zostać profesjonalnym fotografem. Na razie nie miał w tym dużego doświadczenia, ale Joanna chciała dać mu szansę. Ze swoimi dredami i brodą przynajmniej wyglądał jak artysta.
Po kilku różnych konfiguracjach i odpowiedniej ilości ujęć, goście byli już wolni. Niektórzy postanowili zostać na miejscu trochę dłużej, by móc w spokoju napawać się widokami, inni ruszyli z powrotem w stronę hotelu. Chen po kilku kolejkach wódki poczuł się szarmancko, więc uniósł ramię, dając Derksowi wyraźnie do zrozumienia, żeby ten go chwycił pod rękę. Mouk zmieszał się początkowo, ale w gruncie rzeczy nie protestował i postąpił zgodnie z zamiarem swego partnera. Ich samotność nie trwała jednak długo.
- Czekajcie na nas! - wykrzyknęła Joanna i złapała Derksa pod drugą rękę.
Gareth przyjacielsko otoczył Chena ramieniem, nie zatrzymując się.
- Dalibyście kiedyś wiarę, że to nastąpi? - rozmarzył się pan młody.
- Masz na myśli wasz ślub, czy nasze rozmnożenie? - spytał Chen.
- Jedno i drugie.
- Pamiętam, jak kiedyś w symulacji zażartowałam, że ty i Derks pasowalibyście do siebie – zachichotała Joanna, spoglądając w stronę Chena. - Kazałeś mi wtedy spadać.
- A pamiętasz jak ty i Gareth żarliście się ze sobą na początku? - zauważył geolog z wyraźnym rozbawieniem.
- To były piękne czasy... - Joanna parsknęła śmiechem. - Ale nadchodzą jeszcze lepsze.
- Musimy wznieść wspólny toast za nas i za was – rzucił Gareth, gdy prawie dotarli pod hotel.
Derks zatrzymał się, gdy zauważył pustą ławkę nieopodal.
- Idźcie. Zaraz do was dołączę. I tak nie piję, a muszę chwilę przewentylować stopy – powiedział ze spokojem.
Chen nawet nie zdążył zareagować, bo został pociągnięty przez młodych w stronę hotelu. Derksowi to nie przeszkadzało, gdyż mógł chwilę posiedzieć w spokoju i dać odpocząć swoim nogom. Jego buty do wygodnych nie należały, choć i tak nie miały zbyt wysokich obcasów. Najgorsze jednak były pończochy, które tylko niepotrzebnie grzały. Najchętniej Derks by je po prostu zdjął, ale nie wiedział, czy wypada, więc na chwilę tylko pozbył się butów, by stopy nieco pooddychały. Ziemska moda zdawała się bardzo dziwna i niepraktyczna.
Kiedy tak Derks masował sobie obolałe stopy, zauważył, że ktoś zmierza w jego kierunku. To był kolega Joanny, który robił zdjęcia. Mouk nie miał pojęcia, czy ten czegoś od niego chce, ale na wszelki wypadek ubrał z powrotem buty, żeby przypadkiem nie złamać jakiegoś konwenansu.
- Przepraszam, że tak się narzucam... - podjął niepewnie Sławek. - Ale nurtuje mnie pewna kwestia i po prostu chciałem zapytać... Czy pani jest modelką?
Pytanie trochę zbiło Derksa z tropu, ale odpowiedział krótko i uczciwie.
- Nie.
- Och... a prawie byłem pewien... No cóż... - Mężczyzna ścisnął nerwowo swój aparat. - A nie chciałaby pani spróbować? Bo ja mógłbym...
- Nie. - Derks nawet nie pozwolił Sławkowi dokończyć, choć ton głosu mouka pozostał spokojny.
Mężczyzna zaśmiał się nerwowo i potarł swoją szyję. Zrobił małą pauzę, wziął głęboki wdech i ciągnął dalej.
- Przepraszam... To musiało głupio wyglądać. Jakiś obcy typ przychodzi i próbuje panią zwerbować na modelkę. Pewnie zbok jakiś. To znaczy, zdaję sobie sprawę, że mogła pani odnieść takie wrażenie. Jeszcze raz przepraszam. Naprawdę moje intencje są całkowicie niewinne. Robię artystyczne zdjęcia i po prostu pomyślałem, że pani by się do nich nadawała. Mogę pokazać portfolio, żeby udowodnić, że to nic zdrożnego.
- Nie. - Derks naprawdę starał się brzmieć najgrzeczniej, jak tylko potrafił, jeśli to w ogóle było możliwe w przypadku jednego słowa. Ale po co miał się wdawać w dyskusje z tubylcami, skoro obiecał ograniczyć interakcję do minimum.
- To może ja tylko zostawię wizytówkę, gdyby...
- Głuchy, jesteś, czy co?! - Chen pojawił się jakby znikąd.
Na dźwięk agresywnego tonu geologa, Derks odwrócił się i spojrzał na towarzysza z niemałym zaskoczeniem.
- Zamiast robić siarę, idź się zajmij czymś pożytecznym! - Chen warknął jeszcze na dokładkę, nieco bełkotliwym głosem.
Sławek mruknął coś pod nosem i oddalił się z posępnym wyrazem twarzy. Choć Chen wyglądał na dumnego z siebie, Derks nie podzielał jego entuzjazmu.
- Nie pij już więcej – rzekł stanowczo mouk, chwycił geologa pod ramię i zaprowadził z powrotem na salę.

niedziela, 9 grudnia 2018

Wyzwania, Rozdział XII

Rozdział XII

Ze sceny Derks mógł dojrzeć tylko Chena i Ormiksa, zaś tylne rzędy niknęły w mroku, który zdawał się ciągnąć bez końca. Czy znajdowali się w teatrze, czy w innym wymiarze, na innej płaszczyźnie egzystencji? To i tak nie miało żadnego znaczenia. Derks odczuwał dziwny spokój, ale coś nakazywało mu tańczyć w rytm osobliwej muzyki, łączącej ziemskie i mlokańskie nuty. Raz skoczna, raz spokojna i nastrojowa melodia nadawała rytm, któremu Derks nie był w stanie się oprzeć. Obracał się, wymachując rękawami swej długiej tanecznej szaty, a jego włosy tańczyły razem z nim pod wpływem wiatru, dmuchającego jakby znikąd.
Kolejny obrót i kolejne spojrzenie w stronę Chena, który wstał, energicznie uderzając jedną dłonią o drugą. Derksowi to nie przeszkadzało, uśmiechnął się i tańczył dalej. Raz po raz okręcał się wokół własnej osi, unosząc ramiona, wykonując zmysłowe ruchy, aż przystanął i wlepił wzrok w Szefa, który siedział za swym biurkiem. Mebel lewitował wśród mroku, podobnie jak jego właściciel, lustrujący Derksa surowym spojrzeniem. I nagle wszystko zniknęło, a potem wśród pustej, czarnej przestrzeni zaczęły pojawiać się gwiazdy, na górze, z prawej, z lewej, na dole...
Derks się obudził i otworzył oczy. Westchnął na myśl o swym głupim śnie. Często tak się działo, gdy spał dłużej niż absolutne minimum. Raz nawet przyśniło mu się, że bije drewnianą łyżką majestatyczne wieloptaki. Nie lubił snów. Udowadniały tylko, jakie pomieszanie bezsensownych myśli skrywa mózg.
Zerknąwszy na pobliską leżankę, Derks zauważył, że Trofoks jeszcze smacznie śpi, więc bezgłośnie wstał z łóżka, opuścił pokój i zastał widok, który go nieco zaskoczył. W kuchni uwijał się Ormiks, mieszając coś w sporym kotle. Naturalnie miał kod dostępu do mieszkania swojego starszego siostra, ale mimo wszystko raczej nie zdarzało mu się zjawiać z samego rana.
- Ooo... cześć... - Ormiks odłożył przybory kuchenne, gdy tylko zauważył Derksa. - Postanowiłem przygotować śniadanie – dodał z lekkim zakłopotaniem. - I żeby nie było, to nie tak, że wzięło mnie na jakiś protekcjonalizm czy coś. Wcale nie zamierzam traktować cię jak, no wiesz, wymagającego opieki... tylko po prostu chciałem cię w ten sposób przeprosić.
- Może najpierw się ogarnę... - rzucił Derks zaspanym głosem i poszedł do łazienki.
Kiedy wrócił, na stole czekał już rządek starannie rozłożonych misek, każda wypełniona mazią w innym kolorze.
- I naturalnie koktajl z owoców poni-poni. - Ormiks dostawił jeszcze kubek, a po chwili na stole pojawił się również talerz ze świeżo upieczonymi plackami.
Rodzeństwo zasiadło do śniadania w ciszy, ale nie trwała ona długo, gdyż Ormiks wyraźnie musiał z siebie wyrzuć to, co go dręczyło.
- Naprawdę jest mi przykro, że cię zdenerwowałem. Jesteś na mnie bardzo zły? - spytał z kwaśną miną.
- Już nie – odparł Derks ze stoickim spokojem, próbując różowej mazi. Smakowało nieźle.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
Choć ton głosu Derksa nie zdradzał żadnych emocji, Ormiks i tak rozpromieniał. W głębi duszy starszy z rodzeństwa wciąż jeszcze nosił delikatną urazę, ale po przeanalizowaniu całej sytuacji uznał, że wściekanie się nie przyniesie nikomu nic dobrego, zwłaszcza że Merike zalecił mu unikanie stresu.
Drzwi sypialniane rozsunęły się i do kuchni wkroczył kolejny członek rodziny. Początkowo Trofoks wyglądał na zaspanego, ale na widok bogato zastawionego stołu natychmiast się ożywił.
- Świętujemy?! - rzucił z podekscytowaniem.
Wkrótce przy śniadaniu siedziały już trzy osoby i choć spożywanie posiłku przebiegało przez większość czasu w ciszy, była to atmosfera pozytywnie przyjmowana w enisyjskim domu.
- Wybaczcie, że przerywam śniadanko, ale muszę to powiedzieć teraz, bo mnie to dręczy – przemówił Trofoks. - Przepraszam was, skarby, że was tak długo olewałem. Wybaczycie mi?
- Co o tym myślisz, Ormiks? Wybaczymy? - rzucił beznamiętnie Derks, wylizując miskę po czymś zielonym.
- Musimy. To miało być pojednanie.
Na twarzy Trofoksa momentalnie pojawił się uśmiech, a oczy zalśniły mu ze szczęścia.
- Od tej pory będę was odwiedzać przynajmniej raz w roku. Może nawet częściej. Przysięgam. - By podkreślić wagę swych słów, uderzył pięścią w stół.
Derks czuł zadziwiający spokój. Cała sytuacja ani go nie irytowała, ani nie wywoływała jakichś niesamowitych przypływów wzruszenia. Po prostu zaakceptował wszystko to, co się właśnie wydarzyło. Życie musiało toczyć się dalej, w taki, czy inny sposób.


Dzień niespodzianek jeszcze się nie skończył. Niecodzienny widok zastał również Derksa, gdy przybył do swojego nowego biura. Przez moment nawet zastanawiał się, czy aby nie pomylił pomieszczeń, bo Szef rozsiadł się na jego własnym miejscu, jakby należało do niego.
- Wybacz, to już chyba z przyzwyczajenia... - Przełożony wstał zza biurka. - Mam ważną sprawę i uznałem, że będzie szybciej jak tutaj na ciebie poczekam.
Lekko zmieszany Derks zajął należne mu miejsce, zaś Szef rozłożył się wygodnie w fotelu nieopodal.
- Ładnie się tu urządziłeś – rzucił od niechcenia.
- Co to za ważna sprawa? - Derks wolał przejść do konkretów. Jeśli jego zwierzchnik sam się do niego pofatygował, to znaczyło, że rozchodzi się o coś bardzo pilnego.
- Może cię to zdziwi, ale potrzebuję twojej rady. - Szef nie wyglądał już na takiego wyluzowanego. - Nie ulega wątpliwości, że na Yrynysie ma miejsce nielegalny proceder emigracyjny związany z naomitami. Komuś bardzo zależy, żeby wywieźć jak najwięcej wywronów do Sitis i musimy tam wysłać ludzi, żeby to dokładnie zbadali. Sys jest oczywistym wyborem i początkowo chciałem wysłać go pod nowym dowództwem, bo choć bardzo bym chciał w tym twojego udziału, wiem, że Merike w życiu nie dopuści cię do tej misji. Jednak przyszło mi do głowy coś jeszcze. Sys ma na tyle doświadczenia, że mógłby przejąć dowództwo nad twoją byłą drużyną, a muszę przyznać, że dobrałeś ich perfekcyjnie. Nie wiem, czy to twój talent, czy łut szczęścia, ale trzeba przyznać, że twoi ludzie jak na razie spisywali się na medal. Mogę wysłać ich na Yrynysę w niezmienionym składzie, ale muszę mieć absolutną pewność, że dadzą radę. Ta misja musi się powieść i to jak najszybciej. - Szef wstał i oparł się dłońmi o biurko, wbijając w Derksa zdeterminowane spojrzenie. Nie było wątpliwości, że traktuje sprawę bardzo poważnie.
- Oczywiście, że dadzą radę. Gdybym miał choć cień wątpliwości, w życiu bym ich nie przyjął – odparł z równie wielką powagę młodszy mouk.
- Co z Ziemianinem? Nie jest zobowiązany wobec nas żadnymi traktatami. Co jeśli nagle się rozmyśli i uzna, że to wszystko mu nie na rękę?
- Pozwoliłem mu wrócić na Ziemię, ale odmówił. Jest bardzo lojalny, ale mogę z nim porozmawiać jeszcze raz.
- Zrób to. - Szef ruszył do wyjścia, ale zatrzymał się tuż pod drzwiami i spojrzał raz jeszcze na podwładnego. - Natychmiast! – padł rozkaz.


- Dlaczego wciąż mi nie wierzysz? Mówiłem, że będę z wami, póki pewne sprawy nie zostaną doprowadzone do końca – rzekł Tom, wycierając się ręcznikiem, bo właśnie przerwał swój trening na siłowni.
- Ja ci wierzę, ale Szef nie do końca. Najlepiej będzie jak sam mu to powiesz prosto w oczy – wyjaśnił Derks, trochę zirytowany, że musiał tak nagle najść swojego kolegę w jego przerwie.
- No dobra – westchnął Tom. - W sumie ciekawi mnie ta Yrynysa, więc nie widzę problemu. A jeszcze jedno... - Tom uniósł palec do góry, jakby nagle sobie coś przypomniał. - Pamiętasz jak ci wspominałem o zaginięciu męża Anu? Przyglądałeś się coś tej sprawie?
Derks przygryzł wargę.
- Zapomniałem... - przyznał ze wstydem. - Ale zaraz się za to wezmę.
- Super, dzięki.
W gruncie rzeczy zabawa w detektywa zdawała się dużo ciekawszym zajęciem niż papierkowa robota, która obecnie zajmowała pierwsze miejsce na liście obowiązków Derksa. Poza tym w pewnych rzeczach mógł go zawsze wyręczyć Bubamara. Asystent nie cierpiał na nadmiar zadań do wykonania, więc spokojnie mógł się zająć czymś więcej niż parzeniem ziół.
- Bubamara, chodź tu!
Derks jak pomyślał, tak zrobił. Co prawda asystent nie wyglądał na zadowolonego, gdy dostał naręcze zwojów do przejrzenia, ale jego przełożonego mało to obchodziło. Teraz Derks rządził w tym ascetycznym, nieco ciemnym pokoju i to on decydował, kto czym się zajmuje.
Jak na dobrego detektywa przystało Derks na początek postanowił dowiedzieć się jak najwięcej o tym, kim jest mąż Anu. Ze zdjęciem, i to ma dodatek podpisanym, było to dziecinnie proste. Wystarczyło wygodnie rozsiąść się w fotelu, rozwinąć ekran swego przenośnego komputera, zeskanować zdjęcie i wprowadzić pozostałe dane. A potem tylko czekać na wyniki.
- Hmmm... - Derks w skupieniu czytał wyświetlone informacje i cała sprawa zaczynała intrygować go coraz bardziej.
Dobrze, że Bubamara dostał multum roboty, bo przynajmniej nie przeszkadzał, a Derks tak się wciągnął w swoją pracę detektywa, że kompletnie zatracił poczucie czasu. Przy swoim stopniu uprawnień mógł sprawdzić całkiem sporo. Śledząc loty statków i podpinając się pod zapisy z monitoringów dochodził do coraz to bardziej niepokojących wniosków. Może zareagował trochę na wyrost, ale uznał że pewnymi wnioskami powinien podzielić się z Szefem.


Choć w głębi duszy Derks wiedział, że postąpił właściwie zgłaszając całą sprawę, to zabolał go widok zrozpaczonej pielęgniarki. Postanowił ją przyprowadzić, bo w końcu to ona najlepiej znała swojego męża, ale teraz Derks miał pewne wątpliwość. Ewidentnie wystawił Anu na ogromny stres. Kobieta próbowała trzymać emocje na wodzy, ale każde, nawet nie wprawione oko, dostrzegłoby targające nią uczucia. Na jej czole pojawiły się kropelki potu, a ręce zaczęły drżeć. Do tego dochodził przyspieszony oddech i wypieki na twarzy. Niestety Szef, zamiast trochę załagodzić atmosferę, sam dość szybko okazał swoje wzburzenie.
- I nie przyszło ci do głowy, żeby powiedzieć nam o tym od razu? - Karcące pytanie zostało skierowane do Anu. Nikt nie spodziewał się, że Szef będzie wobec niej taki surowy.
- Z całym szacunkiem, ale Anu nie mogła wiedzieć, że to może mieć jakiś związek z bezpieczeństwem Enis – wytłumaczył pokornie Derks.
Szef westchnął, wciąż wyraźnie zdenerwowany i jeszcze raz spojrzał na dane, które zostały mu przedłożone.
- Sam dowód, że udał się na Sitis jest wystarczający, by się niepokoić – wyjaśnił. - Jeśli ktoś z Sitis płaci utalentowanemu informatykowi tak ciężkie pieniądze po to, żeby przybył w tajemnicy, to raczej nie robi tego po to, żeby wynająć gościa do projektowania dziecięcych gier. Jeśli jest choćby cień podejrzeń, że na Sitis coś knują, to jest już wystarczający powód, by bać się o nasze bezpieczeństwo.
- Przysięgam, że o niczym nie wiedziałam. Tylko tyle, że poleciał na Mlok. - Pielęgniarka wyglądała na najbardziej zdenerwowaną ze wszystkich. Wargi jej drżały, a oczy szkliły się od łez, które wyraźnie próbowała powstrzymać. - Jeśli mogę jakoś pomóc, to zrobię wszystko.
- Niech pani wraca do ambulatorium, tam gdzie pani potrzebują najbardziej – poprosił Szef już znaczenie łagodniejszym tonem. - Moi agenci wszystkim się zajmą. Musimy się dowiedzieć, kto go opłacił i w jakim celu. Dziękuję Derks, że mi to zgłosiłeś – spojrzał z wdzięcznością na podwładnego.
- Też chętnie pomogę, jeśli będę mógł – odparł mouk, z jednej strony zadowolony, że odkrył coś, co mogło okazać się niebywale ważne, a z drugiej mocno zaniepokojony całą sytuacją. Z jego punktu widzenia był to najgorszy czas na konflikty między Enis, a Sitis.
- Możecie odejść – oznajmił beznamiętnie Szef, zabierając wszystkie ważne dowody.


Jedne z najbardziej monumentalnych widoków enisyjskiej stolicy można było podziwiać na lotnisku międzyplanetarnym. Statki kosmiczne przylatywały i odlatywały tu co chwilę, niektóre ogromne, mogące pomieścić tysiące pasażerów, a inne małe i niepozorne niczym prywatne szybkoloty. Wielka platforma ciągnęła się po horyzont, a na pobliskiej hali roiło się od przedstawicieli różnych ras i wszelakich przedsiębiorstw, jakie tylko istniały w tym kwadrancie.
- Możecie mi nie wierzyć, ale będę tęsknić – powiedział Trofoks, gotów do podróży. Jego prom już czekał.
- Ja wierzę – odparł Ormiks ze wzruszeniem i pokłonił się w pożegnalnym geście, a wraz z nim uczynili to samo pozostali członkowie rodziny.
- Mam nadzieję, że podróż minie ci spokojnie – dodał Derks.
- Niech wam zdrowie dopisuje. Jakby się coś działo, to macie do mnie nowe namiary. - Trofoks wręczył swym dzieciom kartkę.
Wreszcie się rozstali, na co Ormiks westchnął poruszony, a Derks poczuł pewną ulgę. Nie żeby darzył matkę nienawiścią, ale już trochę go zaczynało męczyć rodzinne pojednanie. W przeciwieństwie do Ormiksa wolał ciszę i spokój.
- Dalej kumplujesz się z Broko? - spytał nagle, gdy szli w stronę wyjścia.
- No pewnie!
- Wiem, że może go nie być dłuższy czas, więc gdybyś jeszcze chciał się z nim spotkać...
- O rety, wysyłają go na jakąś niebezpieczna misję? - Ormiks aż zatrzymał się z przejęcia.
- Na taką jak każda inna. Na pewno nic mu nie będzie.
- Ale powiedziałeś to w taki sposób, jakby mógł już nigdy nie wrócić!
Derks ze zwątpienia zakrył twarz dłonią.
- Chciałem cię po prostu uprzedzić, żebyś potem nie płakał, że nie zdążyłeś się pożegnać... znaczy się, życzyć wszystkiego dobrego.
- No to muszę z nim pogadać.
Wyszli z hali, prosto na widok zachodzącego słońca, które ginęło za plątaniną długich, ukośnych mostów i strzelistych budowli.
- Tu się rozdzielamy. Muszę jeszcze gdzieś podejść – powiedział Derks.
Nie było to bardzo pilne, ale uznał, że skoro ma czas, to odwiedzi Bumagę. Starszy mouk nie dawał znaku życia, odkąd poszedł na urlop, a zazwyczaj robił coś dokładnie odwrotnego. Uchodził raczej za duszę towarzystwa, więc dziwnym było, że nie zarezerwował choćby paru dni dla swoich przyjaciół. Czasem tą jego „imprezowość” Derks odbierał wręcz jako utrapienie, ale tym razem marzył o tym, żeby Bumaga zacząć nagabywać go na jakieś spotkanie. Przynajmniej zniknęłyby wątpliwości, że dzieje się coś złego.
Derks trochę się zdziwił, gdy przyszedł na miejsce, a drzwi okazały się otwarte. Do tego, gdy wszedł do środka, Bumaga zauważył go dopiero po kilku chwilach. Tak bardzo był zajęty przeszukiwaniem zwojów i zdjęć, które tworzyły wielki bałagan na podłodze. Zresztą ściany nie wyglądały lepiej, prezentując mozaikę poprzyklejanych informacji, jak przed policyjną burzą mózgów. Czyżby i jemu zachciało się bawić w detektywa?
- Och, Derks... - Bumaga wreszcie się zreflektował. - Pewnie zostawiłem drzwi otwarte. Zdarza się. Wejdź.
Po kilku spojrzeniach na zdjęcia z monitoringów, które wisiały na ścianach, Derks domyślił się, że musi chodzić o Izizija Wira.
- Skurwiel uciekł z pierdla i muszę dojść do tego, kto mu pomógł, bo na pewno nie zrobił tego sam – skomentował poruszony Bumaga, wracając do pracy.
Derksa trochę zamurowało. Nie mógł uwierzyć, że taka informacja mu umknęła. Ale czemu się dziwić, skoro ostatnio czas zajmowało mu głównie czytanie sprawozdań w pracy i przeglądanie artykułów dla przyszłych matek.
- Stifiańska policja na pewno już się tym zajmuje – zauważył.
- Stifiańska policja umie tylko wlepiać mandaty za schodzenie w doliny bez pozwolenia.
Derks westchnął i usiadł na podłodze, tuż obok przyjaciela.
- To już ciebie nie dotyczy. Powinieneś to raz na zawsze zostawić za sobą – wytłumaczył.
- Zostawić za sobą?! - zbulwersował się Bumaga. - Wiesz ile syfu ta gnida może jeszcze narobić? Mam przeczucie, że kroi się coś dużego.
Kiedy Bumaga dostawał takiej fiksacji, w zasadzie niewiele dawało się zrobić, by odciągnąć go od tego, do czego obsesyjnie dążył.
- To chociaż daj znać, jak będziesz coś wiedzieć. - Derks uznał, że nie ma co się wdawać w słowne przepychanki.


Chen postanowił, że zrobi Derksowi niespodziankę. Czy dobrą, czy złą, to się miało jeszcze okazać. Stanął przed drzwiami, dzierżąc pod ramieniem sporą donicę i zapukał. Na pewno udało mu się zaskoczyć mouka, który nawet nie krył zdziwienia, gdy ujrzał stojącego w progu Ziemianina.
- Mówiłeś, że nie będzie cię trzy tygodnie. - Derks wpuścił mężczyznę do środka.
- No niby tak, ale... jakoś nie mogłem wytrzymać – wyznał lekko speszony Chen. - Odhaczyłem wszystko, co miałem zaplanowane... i potem jakoś tak już nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Przyniosłem ci kwiat z Ziemi – wręczył Derksowi różowo-białego storczyka. Niewiele brakowało, a przywiózłby bukiet róż, na szczęście w ostatniej chwili przypomniał sobie, że wręczenie jakiemukolwiek moukowi ściętych kwiatów to największa obraza.
- Jest piękny – przyznał Derks, biorąc prezent do rąk.
- Nie tak piękny, jak ty – zripostował Chen i szybko uświadomił sobie z zażenowaniem, że palnął najbardziej wyświechtany tekst świata.
Jednak Derks najwyraźniej po raz pierwszy słyszał podobną wypowiedź, bo uśmiechnął się głupkowato i zaniósł kwiat do głównego pokoju. Może jednak komplementy na niego działały?
- Pewnie miałeś nadzieję, że trochę ode mnie odpoczniesz... - westchnął Chen i schował ręce w kieszeniach.
- Czemu tak sądzisz? Miałem wystarczająco czasu dla siebie – odparł Derks, stawiając donicę na podłodze tuż przy wielkim oknie. - Naprawdę piękny kwiat. Jak się nazywa?
- Stroczyk – wyjaśnił Chen i wyjął coś z tylnej kieszeni spodni. - Przywiozłem też dużo żarcia, filmów, gier i innych takich, ale to... To jest coś wyjątkowego. - Pokazał srebrną kartkę. - Zaproszenie na wesele Joanny i Garetha. Dla nas obojga!
Teraz Derks wyglądał na jeszcze bardziej zaskoczonego.
- Gdzie oni to organizują? - spytał podejrzliwie.
- Na Ziemi.
- ISET się na to zgodził?
- Najwyraźniej Gareth musiał być bardzo przekonujący. Oczywiście to wiąże się z pewnymi restrykcjami. Na pewno będziecie musieli udawać Ziemian. Znaczy się ty, Abz oraz Ib. Ale pomyśl tylko, wreszcie zobaczysz na mojej planecie coś więcej, niż tylko tajną bazę – podekscytował się Chen.
- Jako szpieg nie raz udawałem kogoś, kim nie jestem, więc to nie powinno być trudne.
Wszystkie obawy Chena minęły. Nie dość, że Derksowi spodobał się prezent, to jeszcze sprawiał wrażenie ucieszonego obecnością kompana i perspektywą spotkania z resztą drużyny, do tego w tak wyjątkowych okolicznościach.
Gdy Derks poczęstował Chena wodą, usiedli wspólnie na wyłożonej poduszkami kanapie i kontynuowali rozmowę. Mouk opowiedział o wszystkich niespodziankach, które spotkały go tylko w tym jednym miesiącu, uznając to za jakiś dziwny zbieg okoliczności. Część z nich określił mianem pozytywnych, zwłaszcza ślub Garetha i Joanny.
- To kiedy to jest? - dopytał.
- Za trzy miesiące. Dość szybko, ale wcześniej po prostu nie mieli jak nas zaprosić. W sumie to będzie ciekawe doświadczenie dla nas obojga. Nigdy nie byłem na polsko-walijskim weselu. Może ze dwa razy na amerykańskim, ale to pewnie też nie to samo. A ty kiedyś na jakimś byłeś?
- W Enis wesela to rzadkość, ale zostałem kiedyś delegowany jako ochroniarz na ślub arlokińskiej pary królewskiej. Jako gość to chyba nigdy.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. Na pewno będzie super. - Uśmiechnął się Chen i otoczył Derksa ramieniem.


Cesarz Kaklog siedział w swojej największej komnacie i oglądał holograficzny przekaz z enisyjskich mistrzostw sztuk walki. Ależ ci wojownicy się poruszali.
Obrazy były na tyle duże i wyraźnie, że władca mimo słabego naomickiego wzroku mógł względnie swobodnie napawać się pięknem wysportowanych sylwetek zawodników, popijając przy okazji lazuriańskie wino w kolorze głębokiego różu, które mimo biedy panującej na Lazurii wcale nie należało do tanich. Zirytował się niemiłosiernie, gdy zjawił się służący, przekazując, że kanclerz Argonak domaga się pilnej audiencji.
- Jak mówię, żeby mi nie przeszkadzać, to znaczy... żeby mi nie przeszkadzać – warknął cesarz, prawie rozlewając wino.
- Najmocniej przepraszam, wasza wysokość, ale kanclerz twierdzi, że to sprawa najwyższej wagi państwowej – wydukał przestraszony sługa.
- Dawaj go tu – mruknął Kaklog i wychylił resztę trunku.
Argonak przybył w te pędy, a jego szpetna, pomarszczona twarz zdradzała spory niepokój.
- Wasza wysokość, przepraszam, że przychodzę tu tak nagle, ale to nie może czekać – wyjaśnił. - Otrzymaliśmy informacje od jednego z naszych szpiegów, że Enisyjczycy zrobili się niezwykle podejrzliwi. Trafili na trop jednego z naszych głównych ekspertów komputerowych. Wiedzą, że coś ukrywamy. Żądają przyspieszenie szczytu dyplomatycznego, a tam mogą paść oskarżenia.
Cesarz wziął głęboki wdech, przygryzł wargę i przeklął pod nosem. Przez moment analizował strukturę swego bogato zdobionego kielicha, wyglądając przy tym na pogrążonego w zadumie.
- Wiedzą, że Izizij dla nas pracuje? - spytał.
- Nie ma takiej możliwości. Komandor Aikon to jeden z najlepszych agentów w galaktyce. Na pewno zatarł wszelkie ślady.
- W takim razie jesteśmy w stanie ukończyć projekt wcześniej. Nie obchodzą mnie koszty. To ma być zrobione przed szczytem, rozumiesz?! - oświadczył Kaklog z taką determinacją i powagą, że kanclerz ani myślał szukać wymówek.
- Dopilnujemy tego za wszelką cenę – obiecał, a cesarz wreszcie poczuł, że jego marzenie jest na wyciągnięcie ręki.