sobota, 5 stycznia 2019

Wyzwania, Rozdział XIII

Rozdział XIII

Gdy tylko Ormiks usłyszał o podróży Derksa na ziemski ślub, zrobił się kłopotliwy i to delikatnie sprawę ujmując. Na każdym kroku dawał dosadnie do zrozumienia, jak bardzo marzy o uczestnictwie w takiej wyprawie. „Nigdy nie byłem na Ziemi”, „nigdy nie byłem na ślubie”, „potrzebuję się wyrwać”, „pragnę przygody”, „proszę, weźmie ze sobą”, „nie będę rzucać się w oczy”, „na pewno jedna osoba więcej nie zrobi im różnicy” i tak dalej, i w zasadzie na każdy argument Derksa Ormiks znajdował natychmiastową ripostę.
Początkowo Derks opierał się niewzruszenie, ale z czasem jego asertywność i cierpliwość zaczęły się wyczerpywać aż pewnego dnia...
- Jak mogłeś się na to zgodzić?! - uniósł się Chen podczas niby niezobowiązującej rozmowy przy obiedzie. - Myślałem, że postawiliśmy sprawę jasno.
- No cóż, w zasadzie to Bumaga mnie przekonał – wyjaśnił ze spokojem Derks.
- Bumaga?
- Spotkaliśmy się na siłowni...


Ostatnimi czasy Derks rzadko widywał swego mentora, więc gdy tylko zauważył, że Bumaga wkroczył na salę treningową, skończył się rozciągać i pobiegł do przyjaciela w te pędy, uśmiechając się szczerze. Zaczynało mu brakować wspólnych ćwiczeń. Co prawda Bumaga raczej nie wyglądał na tryskającego energią, ale to nie zniechęciło młodszego mouka, by do niego zagadać. Naturalnie ze względu na swój stan Derks oszczędzał się bardziej niż kiedyś, ale wciąż mógł sobie pozwolić na całkiem sensowną dawkę wysiłku. Merike nad nim czuwał i póki co wszystko przebiegało pomyślnie.
- I co, rozgryzłeś tę sprawę Izizija? - spytał Derks, nie kryjąc ciekawości.
- Nie, utknąłem w martwym punkcie – mruknął Bumaga. - Muszę się wyżyć. - Komandor podszedł do worka treningowego i zaczął walić weń gołymi rękami.
- A może by tak sparring na kije? Z ochraniaczami.
- O nie, nie ma opcji. Nawet z ochraniaczami. Może i jestem nadopiekuńczy, ale nie zaryzykuję.
- To chodźmy postrzelać.
Na szczęście wirtualna strzelnica również pozwalała zredukować napięcie, więc Bumaga przyjął propozycję ze względnym zadowoleniem, jeśli obecnie w jego przypadku w ogóle dało się użyć takiego słowa. Zaprojektowana przez Wrena holograficzna plansza pozwalała ustawiać różne programy i poziomy trudności, więc przyjaciele wybrali tak zwaną „wersję nie na poważnie”, w której to strzelało się do kolorowych, puchatych stworzeń.
Aby jeszcze bardziej rozładować atmosferę, Derks opowiedział dokładnie o swoim zaproszeniu na Ziemię i naprzykrzającym się Ormiksie.
- Weźcie sobie dłuższy urlop i pozwiedzajcie więcej planet – rzucił niespodziewanie Bumaga, nawet na moment nie odrywając się od strzelnicy.
- Jakoś tego nie planowałem – przyznał Derks. Trochę go zaskoczyła sugestia przyjaciela.
- Smarkaczowi przyda się nieco obycia we wszechświecie, zresztą... - Bumaga nagle przestał strzelać, zwiesił głowę i westchnął. - Mam złe przeczucia.
- O co ci chodzi? - Zaniepokojony Derks również odłożył broń. Znał komandora na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie należało bagatelizować jego instynktu. Każdy mógł powiedzieć, że ma złe przeczucia, ale oczy Bumagi nie kłamały, a on sam nigdy niepotrzebnie nie siał paniki. Coś naprawdę musiało być na rzeczy.
- Zbliża się przyspieszony szczyt dyplomatyczny i już teraz podniesiono mobilizację służb bezpieczeństwa na maksa. Po prostu poczuję się spokojniej, jeśli was tu wtedy nie będzie – wyznał Bumaga i choć Derks odnosił wrażenie, że ten nie mówi mu wszystkiego to i tak czuł się już wystarczająco przekonany.



- Chcesz powiedzieć, że decydujący wpływ na ciebie miało... przeczucie Bumagi? - Chen popatrzył na Derksa z lekkim sceptyzmem.
Mouk westchnął i rozłożył ramiona.
- Co mi zależy? Zaszkodzić nie zaszkodzi, a przynajmniej będzie więcej spokoju – stwierdził.
- Ale wiesz, że oni nie puszczą Ormiksa na ten ślub?
- Wiem. Ale on nie. - odparł Derks z podejrzanym uśmieszkiem.


Derks miał w pracy całkiem dobrze. Fakt, posadzili go za biurkiem, ale za to mógł używać służbowego statku kosmicznego najnowszej generacji, wyposażonego w mechanizm zaginania czasoprzestrzeni. Ze względu na szybkość tej niezwykłe maszyny, Derks nazywał ją „Błyskiem”, ale Chen z uporem maniaka określał wehikuł mianem „Multipli wśród statków gwiezdnych”. Derks nie do końca wiedział, o co chodzi, więc Chen go oświecił. Jego zdaniem statek wyglądał po prostu brzydko, a nawet śmiesznie. Trochę jak wielka maszynka do golenia, przy czym „ostrze” stanowiło silniki, a „rączka” dziób. Biało-niebieskie barwy nie pomagały, choć w odczuciu Chena i tak wyglądało to lepiej niż biało-różowe. W drugim przypadku uznałby, że będzie podróżować w maszynce damskiej. I tak nie zmieniało to faktu, że statek miał być po prostu funkcjonalny, więc poza pieszczotliwym droczeniem się, temat wyglądu maszyny nie był w ogóle istotny. A rzeczywiście funkcjonalność nie podlegała dyskusji. Podróż z miejsca na miejsce odbywała się w mgnieniu oka, do tego bez wgniatania w bez wątpienia wygodne fotele. I choć statek do wielkich nie należał, w kokpicie spokojnie mieściły się trzy osoby, bez włażenia jedna na drugą.
Kolejną zaletą Błysku był wysoko wyspecjalizowany kamuflaż, który przydawał się ogromnie podczas lotów na Ziemię. W głębi duszy Chen miał nadzieję, że za jego życia program ISET zostanie ujawniony i nie trzeba będzie kryć się z każdą wizytą obcych, ale niestety na razie się na to nie zanosiło i lepiej było nie kusić losu. Zwłaszcza w czasach internetu i wszechobecnych filmików na YouTube, przedstawiających teorie spiskowe i rzekome zdjęcia UFO. Cała ironia polegała na tym, że niektóre z nich mogły nawet okazać się autentyczne.
Dreszczyk emocji zawsze towarzyszył przy schodzeniu na powierzchnię i to nawet nie ze względu na poczucie niebezpieczeństwa. Po prostu był to ten moment, kiedy wpatrywało się w przybliżający się horyzont, myśląc sobie: „Już zaraz będę na miejscu, na mojej własnej planecie”. Nawet po tylu lotach to uczucie nigdy nie mijało. Dźwięk instrukcji dobywających się z radia tym bardziej uświadamiał, jak już niewiele brakowało do bezpiecznego lądowania.
- Widzimy was. Ustawiam się nad lądowiskiem. Jest nas troje, tak na marginesie. - Derks najwyraźniej uznał za stosowne uprzedzić gospodarzy o nadprogramowej osobie.
- Słyszeliśmy. Gratulacje – odezwał się głos w radiu.
- Chodziło mi o mojego siostra. - Derks zaśmiał się pod nosem.
Statek osiadł powoli, z gracją motyla, a kopuła nad lądowiskiem zaczęła się zamykać. Chen naprawdę nie wiedział, jakiej reakcji spodziewać się ze strony generała Nesbita. Ten jego wygląd wilka morskiego, z siwą brodą i nieco szalonym błyskiem w oczach, sprawiał, że Chen uważał go za człowieka nieprzewidywalnego. Choć kiedy dowódca przywitał się po wyjściu pasażerów z machiny, wyglądał raczej na pogodnego, ale i tak ciężko było określić szczerość jego uśmiechu.
- To mój sióstr, Ormiks. - Derks nie owijał w bawełnę. Bijąca od niego pewność siebie i swoista zuchwałość trochę zaniepokoiły Chena, ale na szczęście mouk wykazał się też kulturą. Nie dość, że ukłonił się w mlokańskim stylu, to jeszcze uścisnął generałowi dłoń.
- Generał Harry Nesbit, dowódca ISET. Niezmiernie mi miło, że mogę poznać kolejnego przedstawiciela waszej rasy, ale ubolewam, że nie uprzedzono mnie o tym. - Generał przywitał się również z Ormiksem.
- Jestem pewien, że coś przebąkiwałem – wymamrotał Chen, starając się nieco uratować sytuację.
- Cóż, nie dotarła do mnie ta informacja. Naturalnie z przyjemnością ugościmy Ormiksa w naszej bazie, ale nie mogę zezwolić mu na jej opuszczenie.
- Nie pójdę na ślub? - wydukał młodszy mouk w taki sposób, jakby nagle zniszczono jego marzenie.
- Przepraszam na moment. - Derks otoczył siostra ramieniem i oddalił się z nim na kilka kroków. - Posłuchaj mnie. - Spojrzał Ormiksowi prosto w oczy, w bardzo poważny sposób. - Może i nam nie ufają, ale będą się chcieli o tobie dowiedzieć jak najwięcej. Jesteś drugim przedstawicielem naszej rasy, jakiego widzą na oczy. Jesteś teraz jakby ambasadorem. Potraktują cię honorowo, a twoim celem jest nauczyć ich jak najwięcej o naszej kulturze. Do tego przydałby mi się ktoś, kto pod moją obecność sprawdzałby, czy nie ma żadnych przekazów podprzestrzennych z Mloku.
- Ale ja nie umiem tego obsługiwać – jęknął skwaszony Ormiks.
- To cię nauczę. A jak już wrócę, to polecimy jeszcze na jakąś wycieczkę.
- Gdzie?
- To niespodzianka.
Na dźwięk ostatniego słowa Ormiks wyraźnie rozpromieniał, choć Derks tak naprawdę sam nie miał pojęcia, dokąd zamierzał polecieć. Potrzebował jakoś udobruchać swojego siostra i uznał to za najlepszy sposób. Zachował się strasznie protekcjonalnie i zdawał sobie z tego sprawę. Nawet zrobiło mu się trochę głupio, ale nic nie mógł na to poradzić, że Ormiks wciąż był dla niego małym siostrzyczkiem.
- Jeśli państwo pozwolą tędy... - Generał przerwał naradę i wskazał drogę do wyjścia z lądowiska. - Musicie... a w zasadzie Derks musi zapoznać się z regulaminem przebywania na zewnątrz. Ograniczenie interakcji z ludnością rdzenną do minimum i inne takie. To ważne.
- Hilda i chłopaki już są? - zagadnął Chen, gdy tak podążali w stronę bramy strzeżonej przez uzbrojonych mężczyzn.
- Jeszcze nie, ale spodziewamy się ich lada moment – odparł generał.
Na myśl, że dawny zespół badawczy znów znajdzie się w komplecie, Chena przeszywał miły dreszczyk emocji. Ach, wspomnienia, wspomnienia. Wreszcie spotkają się razem, on, Joanna, Gareth i Hilda. Kelly również. Już nie mógł się doczekać.


Ślub miał się odbyć w Zakopanem, miejscu urodzin Joanny. Górskie miasto nawet zauroczyło Chena, choć żałował trochę, że nie może pokazać Derksowi swoich własnych, rodzinnych stron. Ale i tak było co podziwiać, na przykład widok na góry, który rozciągał się z okna pokoju w czterogwiazdkowym hotelu. Modernistyczny wystrój trochę kontrastował z przaśnością stolicy polskich Tatr, ale obecnie głowę Chena bardziej zaprzątało strojenie się na uroczystość. Stał przed dużym lustrem i z ogromnym pietyzmem wiązał czarny krawat, tak by leżał jak najbardziej równo. Nie żeby geolog przywiązywał jakąś szczególną wagę do wyglądu, ale uznał, że na taką okazję wypada zadbać o swój wizerunek. Prosty, czarny garnitur i czerwona koszula pasowały mu, a włosy splecione w warkocz sprawiały, że czuł się wygodnie i schludnie.
- I jak? - spytał z dumą, odwracając się w stronę Kelly, która właśnie czesała Derksa.
- Ale ciacho – odparła dziewczyna z sugestywnym uśmieszkiem. - Wiesz, że lubię czerwony. - Rzeczywiście psycholog sama przywdziała karmazynową suknię, ozdobioną delikatnymi koronkami. Trochę śmiesznie się komponowała z nieodzowną burzą warkoczyków na głowie.
Derks milczał, ale na szczęście jego wzrok nie zdradzał żadnych negatywnych emocji. Właściwie znosił zabiegi Kelly z niebywałym spokojem. Kobieta sama zaoferowała, że pomoże, bo regulamin raczej nie dopuszczał wizyty w lokalnym salonie fryzjerskim. Właściwie Derks miał tylko dwa wyjścia, mógł pójść jako mężczyzna lub jako kobieta i zdecydował się jednak na drugą opcję. Po pierwsze było to praktyczniejsze w jego sytuacji, a po drugie, jak sam stwierdził, w ten sposób mógł „tańczyć ziemskie tańce dla dwojga bez wzbudzania zgorszenia”. Chen prawie się wzruszył.
- No dobra, jeszcze ostatni akcent. - Kelly wyjęła z torebki różową szminkę i musnęła nią usta niebywale posłusznego Derksa.
Mouk wstał i poprawił sukienkę, którą psycholog sama pomogła mu zdobyć. Sięgała kolan, a przeplatający się róż z czernią tworzyły kwiecisty wzór. Raczej nie należała do wyzywających i dobrze maskowała uwidaczniające się od niedawna krągłości. Nieco poszarpane rękawy dodawały „pazur” i Kelly promieniała z dumy, kiedy podziwiała swoje dzieło.
- Myślałam, żeby je spiąć, ale lepiej będzie zasłonić te dziwne uszy – powiedziała, poprawiając lekko pofalowane włosy swego „modela”. - Och, zapomniałabym! - chwyciła torebkę pod kolor sukienki i wręczyła Derksowi. - To ważny element.
- Dziękuję. Mam nadzieję, że w ten sposób nie będę zwracać na siebie zbytniej uwagi. - Mouk podszedł do lustra i zaczął przyglądać się sobie z zaciekawieniem.
- Żartujesz? Wszyscy będą zwracać na ciebie uwagę. Wyglądasz jak bogini! - wypalił Chen, nie mogąc oderwać wzroku od swego towarzysza. W odpowiedzi Derks spojrzał na niego z niepokojem, jakby nie będąc pewnym, czy właśnie usłyszał komplement, czy przestrogę. - To znaczy... jest jak trzeba. Na ślubie wszyscy muszą ładnie wyglądać. Nie sądziłem, że Kelly skrywa taki talent – sprostował geolog.
- Mam dwie młodsze siostry, to było na kim ćwiczyć. - Kobieta wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Słowa nawet w połowie nie potrafiły oddać tego, co Chen właśnie czuł na widok Derksa. Zachwycał się swym partnerem już wcześniej, ale teraz mouk wszedł na zupełnie inny poziom seksapilu. Gdyby tylko nikogo nie było w pokoju. Gdyby tylko nie musieli się zaraz zbierać...
Rozległo się pukanie do drzwi i po chwili do środka weszła Hilda w towarzystwie Iba i Abza. Anahibianie wyglądali jak bracia i takich też mieli udawać. Ubrali identyczne grafitowe garnitury, z tą różnicą, że Abz miał muszkę i białą koszulę, a Ib niebieską z ciemnym krawatem.
- No, no, ale się wszyscy wyelegantowali... - Hilda ogarnęła spojrzeniem swoich kompanów. Sama wpisywała się w kanon, gdyż jej obcisła, błękitna sukienka była bardzo szykowna. Prosta, z szerokim dekoltem. - To co, idziemy? - Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
Nadeszła pora by stawić czoła wielkiemu wydarzeniu.


Stary, drewniany kościół, stojący przy wąskiej drodze tuż przy strumieniu, musiał pomieścić dzisiaj naprawdę wiele osób. Zdawał się wręcz trochę za mały na tak dużą ceremonię, ale nic dziwnego, że para wybrała właśnie ten, biorąc pod uwagę jego unikalne piękno. Dominowały tu rustykalne zdobienia i góralskie motywy na witrażach, więc każdy amator lokalnej architektury odnalazłby się w nim bez problemu. Z drugiej strony można by zachodzić w głowę, po co Gareth i Joanna zdecydowali się pobrać w kościele katolickimi, skoro sami zdawali się niezbyt związani z tą religią. Cóż, posiadanie góralskiej rodziny zobowiązywało. Jednak w tym momencie nie miejsce, lecz sama para przykuwała uwagę gości, gdy kroczyła w stronę ołtarza: Gareth w granatowo-szarym mundurze Royal Air Force, zaś Joanna w ekscentrycznej sukni, krótkiej z przodu i długiej z tyłu, przepasanej sporą kokardą. Kobieta dzierżyła w dłoniach bukiet z białych róż i spoglądała raz w prawo, raz w lewo, wyłapując z tłumu najbliższe jej osoby. Uśmiech nie znikał jej z twarzy, jakby się do niej przykleił na stałe. Nawet Gareth nie próbował powstrzymywać swych emocji i również cieszył się jak głupi.
W odczuciu pary młodej ceremonia zleciał w mgnieniu oka i aż trudno było uwierzyć, że oficjalnie stali się małżeństwem. Trzeba jednak przyznać, że delektowali się każdym momentem zaślubin. Zwłaszcza sakramentalne „tak” i wymiana obrączek pozostawiły w ich umysłach niezmazywalny ślad. To niewielkie, złote kółko od teraz już na zawsze miało im przypominać o niezwykłej, unikatowej atmosferze w tamtej chwili.
W końcu przyszedł czas na zabawę w dużej, hotelowej sali. Stoły zostały suto zastawione półmiskami wędlin, sałatek, ciastami i owocami, a wkrótce podany został też rosół. Co prawda Gareth i Joanna wciąż tak przeżywali ślub, że ciężko było im nawet myśleć o jedzeniu, jednak Anahibianom apetyt dopisywał, gdy ochoczo zagryzali rosół sernikiem. Aczkolwiek, gdy pojawiło się drugie danie, Hilda musiała im przypomnieć o sztućcach. Całe szczęście para młoda pomyślała o wszystkim i posadziła wszystkich kolegów z załogi przy jednym stoliku, więc istniała niewielka szansa, że szersze grono zauważy ich specyficzne zachowanie.
- Te wszystkie ścięte kwiaty... - westchnął Derks z bólem serca.
- Wciąż to przeżywa – zauważył Chen, kiedy Kelly nalewała mu wódki.
- Na waszym miejscu uważałabym, jeśli chcecie dotrzymać do nocy. - Hilda popatrzyła na przyjaciół dość wymownie i sama odmówiła mocnego trunku.
- Spokojnie, znam swoje możliwości. To nie pierwsze wesele w moim życiu. - Chen wypił wszystko, starając się za wszelką cenę nie skrzywić.
- Ale zakładam, że pierwsze polskie.
- A ty już byłaś na takowym?
- No właśnie tak się składa, że byłam i swoje widziałam.
- Jak dla mnie to wcale nie jest takie mocne. - Ib pomlaskał, gdy wódka znalazła się na jego języku i nie wyglądało na to, żeby zrobiła na nim szczególne wrażenie.
Abz tylko wypił ze spokojem i wzruszył ramionami.
- Nic szczególnego – stwierdził.
Gdy goście nico odpoczęli po obiedzie, przyszła kolej na tańce. Zaczęli oczywiście państwo młodzi od popisowego walca wiedeńskiego, który wyszedł im nie najgorzej, zaś nieco później kapela zaprosiła na parkiet pozostałych uczestników imprezy. Gdy tylko zaroiło się od pląsających par, Derks spojrzał wymownie na Chena. Ponieważ nie doczekał się reakcji ze strony geologa, zmarszczył brwi i wykrzywił usta w grymasie.
- Mieliśmy tańczyć ziemskie tańce dla dwojga – mruknął.
- Nie zdążyliśmy ich przećwiczyć...
- Słaba wymówka.
Ponieważ surowy wzrok Derksa praktycznie wiercił w Chenie dziurę, ten w końcu dał za wygraną i z niepewnym wyrazem twarzy udał się w stronę parkietu, ciągnięty przez swego towarzysza. Hilda postanowiła pójść w ślady swych przyjaciół, najpierw, podobnie jak Derks, wiercąc wzrokiem dziurę w swym mężu, a gdy to nie zadziałało, postanowiła darować sobie słowne sugestie i po prostu pociągnęła Iba za ramię. Po chwili przy stole został sam Abz, bo Kelly udała się do toalety. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo z ochotą kontynuował jedzenie, napychając się kiełbasą i bananami. Wreszcie jakieś miejsce, w którym zdrowy Anahibianin mógł w pełni zaspokoić swój głód. Nie to, co Ziemska baza i Spacediver, gdzie bez dodatkowych batonów się nie obeszło.
- Hej, mogę się tu na chwilę dosiąść? - do Abza podeszła nagle młoda, długowłosa blondynka w popielatej sukni. Anahibianin skojarzył, że była świadkiem Joanny.
- Pewnie – odpowiedział.
- Jestem Maria, siostra Aśki. - Dziewczyna z uśmiechem uścisnęła mężczyźnie dłoń i usiadła.
- No tak! Miło mi poznać, jestem Abz.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- No... nie.
- A skąd jesteś?
- Z bardzo, bardzo daleka.
- Rozumiem, lubisz być tajemniczy. - Kobieta zachichotała. - Ale serio mi nie powiesz?
- To takie zadupie. Nic ciekawego.
- Oj tam... Jak Aśka cię zaprosiła, to znaczy, że musisz być interesujący. Pracowaliście razem na Antarktydzie, prawda?
- Zgadza się.
- I czym się tam zajmowałeś?
- W sumie to podobnymi rzeczami, co ona. Uwierz mi, też nie jest to super ciekawe.
- Skoro tak twierdzisz... - westchnęła dziewczyna. Po chwili wskazała na kieliszek – Może się napijemy?
- Okej.
Abz uznał, że grzeczność nakazuje, by on nalała, więc też to uczynił. Wznieśli toast za parę młodą i wypili. Po raz kolejny jakichś szczególnych doznań w Anahibianinie to nie wywołało. Nastała krótka pauza w rozmowie.
- Pomyślałam, że jakbyś chciał potańczyć i nie miał z kim to... - Maria wypaliła po chwili. - Wiem, trochę odważne. Ale nie traktuj tego, jak podryw, czy coś... Po prostu tak się składa, że świadkiem Garetha jest jego starszy brat, a on jest żonaty, więc... tak trochę głupio, żebym z nim tańczyła... Kurczę, niepotrzebnie wypiłam te banie. Alkohol za bardzo mnie ośmiela.
- Spoko, nie przejmuj się – uśmiechnął się Abz. - Miło, że pomyślałaś akurat o mnie. Ale teraz trochę za dużo zjadłem. Może później...
- To może mi opowiesz coś więcej o sobie?
Normalnie Abz nie miałby nic przeciwko, żeby lepiej zapoznać się z siostrą Joanny, ale problem polegał na tym, że jego pobyt na weselu podlegał wielu restrykcjom. Sam podpisał deklarację, że zobowiązuje się ograniczyć kontakt z rdzenną ludnością do minimum. Oczywiście to nie znaczyło, że nie wolno mu z nikim rozmawiać, ale pod żadnym pozorem nie mógł ujawniać prawdy na swój temat. Zmyślić kilka rzeczy to nie problem, ale bał się prowadzenia dłuższych rozmów bez możliwości bycia sobą. Przebąknął kilka rzeczy o swojej pracy i poczuł ogromną ulgę, gdy wróciła Kelly, bo ta przejęła pałeczkę w rozmowie. I cóż, nie musiała tyle udawać.


Joanna uparła się, że musi mieć choć jedno zdjęcie z załogą Spacedivera, co zresztą spodobało się Garethowi, który przyznał, że sam myślał o czymś takim. Dlatego kiedy fotografie rodzinne mieli już za sobą, zgromadzili się wraz z przyjaciółmi na małym punkcie widokowym nieopodal hotelu. Góry wyglądały stąd majestatycznie, do tego światło słoneczne padało pod idealnym kątem, więc należało korzystać z okazji. W rolę fotografa wcielił się Sławek, kolega Joanny, z którym swego czasu eksplorowała Grenlandię. Choć z zawodu był hydraulikiem, jakiś czas temu stwierdził, że potrzebuje odmienić swoje życie i postanowił zostać profesjonalnym fotografem. Na razie nie miał w tym dużego doświadczenia, ale Joanna chciała dać mu szansę. Ze swoimi dredami i brodą przynajmniej wyglądał jak artysta.
Po kilku różnych konfiguracjach i odpowiedniej ilości ujęć, goście byli już wolni. Niektórzy postanowili zostać na miejscu trochę dłużej, by móc w spokoju napawać się widokami, inni ruszyli z powrotem w stronę hotelu. Chen po kilku kolejkach wódki poczuł się szarmancko, więc uniósł ramię, dając Derksowi wyraźnie do zrozumienia, żeby ten go chwycił pod rękę. Mouk zmieszał się początkowo, ale w gruncie rzeczy nie protestował i postąpił zgodnie z zamiarem swego partnera. Ich samotność nie trwała jednak długo.
- Czekajcie na nas! - wykrzyknęła Joanna i złapała Derksa pod drugą rękę.
Gareth przyjacielsko otoczył Chena ramieniem, nie zatrzymując się.
- Dalibyście kiedyś wiarę, że to nastąpi? - rozmarzył się pan młody.
- Masz na myśli wasz ślub, czy nasze rozmnożenie? - spytał Chen.
- Jedno i drugie.
- Pamiętam, jak kiedyś w symulacji zażartowałam, że ty i Derks pasowalibyście do siebie – zachichotała Joanna, spoglądając w stronę Chena. - Kazałeś mi wtedy spadać.
- A pamiętasz jak ty i Gareth żarliście się ze sobą na początku? - zauważył geolog z wyraźnym rozbawieniem.
- To były piękne czasy... - Joanna parsknęła śmiechem. - Ale nadchodzą jeszcze lepsze.
- Musimy wznieść wspólny toast za nas i za was – rzucił Gareth, gdy prawie dotarli pod hotel.
Derks zatrzymał się, gdy zauważył pustą ławkę nieopodal.
- Idźcie. Zaraz do was dołączę. I tak nie piję, a muszę chwilę przewentylować stopy – powiedział ze spokojem.
Chen nawet nie zdążył zareagować, bo został pociągnięty przez młodych w stronę hotelu. Derksowi to nie przeszkadzało, gdyż mógł chwilę posiedzieć w spokoju i dać odpocząć swoim nogom. Jego buty do wygodnych nie należały, choć i tak nie miały zbyt wysokich obcasów. Najgorsze jednak były pończochy, które tylko niepotrzebnie grzały. Najchętniej Derks by je po prostu zdjął, ale nie wiedział, czy wypada, więc na chwilę tylko pozbył się butów, by stopy nieco pooddychały. Ziemska moda zdawała się bardzo dziwna i niepraktyczna.
Kiedy tak Derks masował sobie obolałe stopy, zauważył, że ktoś zmierza w jego kierunku. To był kolega Joanny, który robił zdjęcia. Mouk nie miał pojęcia, czy ten czegoś od niego chce, ale na wszelki wypadek ubrał z powrotem buty, żeby przypadkiem nie złamać jakiegoś konwenansu.
- Przepraszam, że tak się narzucam... - podjął niepewnie Sławek. - Ale nurtuje mnie pewna kwestia i po prostu chciałem zapytać... Czy pani jest modelką?
Pytanie trochę zbiło Derksa z tropu, ale odpowiedział krótko i uczciwie.
- Nie.
- Och... a prawie byłem pewien... No cóż... - Mężczyzna ścisnął nerwowo swój aparat. - A nie chciałaby pani spróbować? Bo ja mógłbym...
- Nie. - Derks nawet nie pozwolił Sławkowi dokończyć, choć ton głosu mouka pozostał spokojny.
Mężczyzna zaśmiał się nerwowo i potarł swoją szyję. Zrobił małą pauzę, wziął głęboki wdech i ciągnął dalej.
- Przepraszam... To musiało głupio wyglądać. Jakiś obcy typ przychodzi i próbuje panią zwerbować na modelkę. Pewnie zbok jakiś. To znaczy, zdaję sobie sprawę, że mogła pani odnieść takie wrażenie. Jeszcze raz przepraszam. Naprawdę moje intencje są całkowicie niewinne. Robię artystyczne zdjęcia i po prostu pomyślałem, że pani by się do nich nadawała. Mogę pokazać portfolio, żeby udowodnić, że to nic zdrożnego.
- Nie. - Derks naprawdę starał się brzmieć najgrzeczniej, jak tylko potrafił, jeśli to w ogóle było możliwe w przypadku jednego słowa. Ale po co miał się wdawać w dyskusje z tubylcami, skoro obiecał ograniczyć interakcję do minimum.
- To może ja tylko zostawię wizytówkę, gdyby...
- Głuchy, jesteś, czy co?! - Chen pojawił się jakby znikąd.
Na dźwięk agresywnego tonu geologa, Derks odwrócił się i spojrzał na towarzysza z niemałym zaskoczeniem.
- Zamiast robić siarę, idź się zajmij czymś pożytecznym! - Chen warknął jeszcze na dokładkę, nieco bełkotliwym głosem.
Sławek mruknął coś pod nosem i oddalił się z posępnym wyrazem twarzy. Choć Chen wyglądał na dumnego z siebie, Derks nie podzielał jego entuzjazmu.
- Nie pij już więcej – rzekł stanowczo mouk, chwycił geologa pod ramię i zaprowadził z powrotem na salę.