środa, 5 sierpnia 2015

ISET, tom I, rozdział VII

Rozdział VII - „Monus”

Joanna niepewnie przekroczyła próg ambulatorium, a za nią w podobny sposób wsunęli się Chen i Abz. Każdy z nich był cały w nerwach. Nie wiedzieli, w jakim stanie zastaną Garetha i jakie wieści usłyszą. Mogli co najwyżej spekulować, ale to tylko przysparzało im dodatkowego stresu. Niepewność ich pożerała, ale poznania prawdy również się bali. Na szczęście wyraz twarzy Hildy nie wyglądał na grobowy, więc istniała nadzieja, że wszystko będzie dobrze.
- Przyznaję, że na początku wyglądało to strasznie, ale rany nie okazały się bardzo głębokie. I nie został niczym zakażony – wyjaśniła. - Możecie z nim porozmawiać.
Z wielkim poczuciem ulgi przyjaciele weszli do sąsiedniej sali, gdzie leżał ich dowódca. Wyglądał nie najgorzej. Spodziewali się, że zastaną go w poważniejszym stanie, ale mężczyzna sprawiał wrażenie w pełni przytomnego. Przez chwilę wpatrywali się w majora zakłopotani, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Jest nam przykro – powiedziała Joanna, wciąż nie do końca pewna, jak powinna rozpocząć rozmowę.
- To było odważne z twojej strony – dodał Chen podobnym tonem, co przedmówczyni.
- Ty też dobrze się spisałeś. Przywiozłeś nas tutaj – pochwalił Gareth, ale geolog wcale nie poczuł się przez to lepiej i wlepił wzrok w podłogę.
- A właśnie... – zreflektował się do tej pory milczący Abz. - Na Anahibi jest taka tradycja, że jak ktoś zachoruje, daje się mu figurkę, przedstawiającą jego podobiznę. Nie miałem odpowiedniego tworzywa, więc pożyczyłem trochę modeliny. I nie było pomarańczowej, więc musiałem ci zrobić czerwone włosy – wydukał zakłopotany, po czym, unikając wzroku majora, postawił ludzika na stoliku.
Po wyrazie twarzy Garetha widać było, że z trudem powstrzymuje się od śmiechu, podobnie zresztą jak Joanna i Chen.
- Dziękuję ci, to bardzo miłe – zwrócił się major do Abza, dusząc w sobie chichot.
- A tak serio, jak się czujesz? - spytała Joanna nieco poważniej.
- Jest dobrze.
Podwładni Garetha byli pewni, że usłyszą coś na temat swej nieudolności. Jeśli nie wprost, to przynajmniej w formie złośliwych aluzji. Ale nic takiego się nie stało. Oficer nawet nie wspominał o feralnej misji.
- Musimy już iść – oznajmił Chen i spojrzał na Joannę porozumiewawczo.
- Tak, obowiązki wzywają – rzekła kobieta, dobrze odczytując sygnały kolegi.
Oddalili się i każdy podążył do swojej kwatery, nie licząc Abza, który poszedł prosto za Joanną. Jak tylko zamknął za sobą drzwi, spojrzał na koleżankę z desperacją i zmartwieniem w oczach, jakby rozpaczliwie potrzebując pomocy.
- Co się stało? - spytała kobieta z troską.
- Nie jestem pewien, czy nadaję się do waszej drużyny – wyznał bez owijania w bawełnę obcy.
Joanna popatrzyła na niego zaskoczona. Kompletnie się po nim nie spodziewała takich słów.
- Jak to? Przecież to było twoje marzenie!
- No tak, ale... Mdli mnie na widok krwi. I jestem tchórzem... - wymamrotał pospiesznie kosmita, czerwieniąc się ze wstydu.
- Jeśli chodzi ci o to, co się wydarzyło ostatnio, to uwierz mi, że nie tylko ty się bałeś – pocieszyła Joanna.
- Ale ja się boję na samą myśl, co jeszcze może się przytrafić. Nie wiem... Ja chyba tak nie potrafię. Lubię przygody... ale zawsze unikałem niebezpiecznych miejsc. Plotę trzy po trzy, prawda?
Choć wypowiedź Abza mogła się wydać niespójna, Joanna od razu zrozumiała o co mu chodzi. Uśmiechnęła się do niego.
- Wiem, że poprzeczka jest wysoko, ale nikt od ciebie nie wymaga heroicznych czynów.
- Ale ja się najzwyczajniej boję śmierci.
- Każdy się boi. Mówiłam ci. Nawet Gareth. Posłuchaj, czujesz się rzucony na głęboką wodę i to zrozumiałe, że miewasz wątpliwości. Ale poradzisz sobie. Takie przypadki jak ostatnio naprawdę rzadko się zdarzają. Tak samo ryzykujesz każdego dnia w zwykłym życiu. Nigdy nie wiesz, co się przytrafi.
- To nie to samo.
Abz westchnął i usiadł na łóżku. Dało się zauważyć, że nawet po tym, co powiedziała mu Joanna, czuł, że porwał się z motyką na słońce.
- Muszę to przemyśleć – wyznał.
Dla uczonej jego słowa okazały się ciosem. Niby sprawa nie była jeszcze przesądzona, ale fakt, że mimo jej zapewnień Abz myślał o odejściu, bardzo ją zmartwił. Sądziła, że na Ziemi albinos jest szczęśliwy.
- Proszę, nie odchodź. Może to zabrzmi dziwnie, ale z nikim innymi nie dogaduje mi się tak dobrze jak z tobą – powiedziała i usiadła obok niego.
Nie wiedziała, czy to choć trochę przekonało Abza, ale zauważyła, że się uśmiechnął.
- Serio? - spytał.
- Serio.
Abz dalej nie wyglądał na przekonanego, ale nie przestał się uśmiechać z wdzięcznością.
- Mi też się najlepiej dogaduje z tobą. I naprawdę nie chciałbym się z wami rozstawać. Ale już sam nie wiem...
Kiedy Abz wylewał swoje żale, Chen czuł się niedużo lepiej. Siedział w swojej kwaterze i stroił gitarę. Gra zawsze poprawiała mu humor, ale tym razem nie wiedział nawet, jaką wybrać piosenkę. Do głowy przychodziły mu same przygnębiające utwory, a one raczej by go nie rozweseliły. Spojrzał na plakat Duke'a Nukema, który wisiał na drzwiach, i poczuł się jeszcze bardziej przygnębiony. Gdyby był silny, tak jak jego ulubiony bohater z gry, Gareth na pewno nie zostałby ranny. Nawet jeśli major nie dawał tego do zrozumienia, Chen czuł, że go zawiódł. Teraz żałował, że wolne chwile wolał spędzać przy komputerze, zamiast na strzelnicy czy siłowni.
Zostawił gitarę i udał się do Joanny. Zamierzał przedstawić swoje przemyślenia, bo miał dosyć bezradności. W końcu był mężczyzną, i to niemałej postury. Stać go było na więcej. Pozostałych członków załogi zresztą też.
- Cieszę się, że zastaję was razem - powiedział, gdy zobaczył, że Joannie towarzyszy Abz. - Powinniśmy poważnie porozmawiać.
- Co takiego zrobiliśmy? - przestraszył się kosmita.
- Nic, i w tym cały problem. Ja też nic nie zrobiłem, a powinienem – odparł Chen.
- O co ci chodzi? - zdziwiła się Joanna.
- O to, że wszyscy zawiedliśmy majora. Daliśmy nogę jak tchórze, podczas gdy on chronił nasze tyłki.
Po tonie Chena dało się stwierdzić , że jego duma bardzo ucierpiała.
- Jesteśmy naukowcami, a nie komandosami. – Joanna przysunęła nogi do siebie.
- I dlatego to w porządku, że Gareth i Hilda nadstawiają za nas karku?
- Są żołnierzami, to ich praca.
- Wstępując do drużyny staliśmy się kimś więcej niż naukowcami. Gareth miał rację. Jesteśmy za słabi. Co jeśli następnym razem nam nie pomoże? Co jeśli będziemy zdani tylko na siebie? - nie odpuszczał Chen.
- Więc co niby powinniśmy zrobić?
- Poprosić go, by nas szkolił, kiedy wróci do zdrowia. Jesteśmy mu to winni.
Choć Joanna nieco inaczej patrzyła na sprawę, przynajmniej częściowo musiał zgodzić się z geologiem. Uznała, że trening jest im kompletnie niepotrzebny, ale ostatnia przygoda pokazała, że Garethowi przede wszystkim zależało na bezpieczeństwie ich wszystkich.
- Cóż, trochę racji w tym jest... - przyznała niepewnie.
- A ty co myślisz, Abz? - zwrócił się Chen do kosmity.
Dla albinosa było to jak atak z zaskoczenia. Nie sądził, że jego zdanie w ogóle zostanie wzięte pod uwagę. Nie wiedział nawet, czy w jakikolwiek sposób powinien się angażować, skoro jego przyszłość w drużynie stała pod znakiem zapytania.
- Ja... ogólnie się z wami zgadzam... - rzekł bez przekonania.


Podczas nieobecności Garetha w życiu zawodowym praca bynajmniej nie zamarła. Abz unowocześnił ziemskie instrumenty anahibiańską technologią, przez co badania kosmosu prowadzone z Ziemi stały się bardziej dokładne. Wzrosła skuteczność wykrywania planet typu ziemskiego oraz potencjalnych siedlisk cywilizacji. Jednak wyprawy na nowe światy wstrzymano, póki Gareth nie wróci do zdrowia i kontynuowano jedynie dalszą eksplorację poznanych już systemów.
Odzyskanie przez majora sprawności fizycznej spotkało się z wielkim entuzjazmem i radością. Trudno powiedzieć, czy sprawiła to dobra atmosfera, ale major ani razu nie wypomniał swoim ludziom braku zdolności bojowych. Możliwe, że był zbyt honorowy, by obwiniać innych za swój wypadek. Nie wracał na razie do tematu treningów. Kiedy Joanna zabierała głos podczas odprawy, słuchał w milczeniu.
- Dzięki anahibiańskiej technologii udało nam się dokonać ciekawego odkrycia. Wykryliśmy planetę o wielkości nieco mniejszej od naszego Księżyca, ale o znacznie większej masie, co sprawia, że ma grawitację podobną do Ziemi. Oznacza to, że musi być niesamowicie gęsta, a przeczy to wszelkiej wiedzy, jaką do tej pory poznaliśmy na temat budowy planet. Nawet Abz nie jest w stanie wytłumaczyć tego zjawiska. Możliwe, że to sztuczny twór. Co ciekawsze, planeta krąży w tak zwanej ekosferze – wyjaśniła kobieta.
- Czy może istnieć na niej cywilizacja? - spytał profesor Price.
- Trudno powiedzieć. W atmosferze nie wykryto żadnych pierwiastków, które mogłyby być efektem uprzemysłowienia.
- Sprawdźcie to – polecił Peter.
Z orbity planeta wyglądała całkiem normalnie. Nie dało się z tej perspektywy określić jej wielkości. Przypominała Ziemię pod wieloma względami, choć miała mniejszą powierzchnię oceanów i była bardziej barwna. Tylko przy użyciu instrumentów statku dało się wykryć specyficzne cechy jej terenu.
- Chyba coś znalazłam. Wygląda mi na sztuczne obiekty – powiedziała Joanna i wyświetliła na hologramie zdjęcie satelitarne.
Przedstawiało formy o różnych kształtach połączone liniami. Nie dało się dostrzec szczegółów, ale nie przypominało to naturalnego ukształtowania terenu. Niektóre obiekty były prostokątne, niektóre owalne, ale zdarzały się też inne. Wszystkie z nich jednak łączyła geometryczna dokładność.
- No to już wiemy, gdzie wylądować – powiedział Gareth, kierując statek ku powierzchni.
Kiedy badacze opuścili pojazd, czekała nich niemała niespodzianka. Poczuli się jak na planie filmowym, bo nic nie zdawało się realne. Każde drzewo było idealne, bez połamanych gałęzi, czy uszkodzonej kory. Liście kontrastowały z kwiatami, których barwy różniły się w zależności, z jakiego drzewa wyrastały, choć jednolity kształt wskazywał, że należą do tego samego gatunku. Na planecie żyły zwierzęta, a świadczyły o tym duże wielobarwne motyle i ptaki fruwające w powietrzu.
- Patrzcie! - Hilda wskazała palcem.
Każdy, kto odwrócił się, by zobaczyć, co ma na myśli, otworzył usta ze zdumienia. Wyglądało na to, że znaleźli budowle, które widzieli z orbity. Sęk w tym, że znajdowały się nie na ziemi, lecz zawieszone kilkadziesiąt metrów w powietrzu, jakby lewitowały.
Otrząsnąwszy się z początkowego szoku, Gareth skinął na badaczy, by podążyli za nim ku osobliwemu obiektowi. Po drodze mijali fantazyjne rośliny i owady, rodem z bajki Disneya. Niektóre krzewy miały spiralnie poskręcane gałęzie, a ich kolory były równie liczne, co kwiatów. Rachunek prawdopodobieństwa dopuszczał powstanie takich form w sposób naturalny, ale nikt nie wierzył, że tak mogło się stać.
- Czy właśnie przebiegł nam drogę różowy królik? - spytał niepewnie Gareth, jakby bojąc się, że ma omamy.
- Tak, to był bez wątpienia różowy królik – wymamrotała Hilda, równie zdezorientowana.
- A to co? - Chen spojrzał na skałę w niebiesko-żółte paski.
Podszedł do struktury i krótkie oględziny wystarczyły, by wprawić go w osłupienie.
- Lazuryt przeplatany z kalcytem? Takie coś nie mogło powstać w naturze – powiedział, głupiejąc.
- Chodźmy dalej – ponaglił Gareth.
Piękno potrafiło być zwodnicze. Skoro na planecie znajdowały się ślady działania istot inteligentnych, oznaczało to, że one również mogą tu przebywać. A nie było żadnej gwarancji, że są przyjaźnie nastawione. Major zacisnął dłonie na swym karabinie. Wolał mieć się na baczności.
- Dziwne. Odczyty wskazują na obecność jakiegoś nietypowego promieniowania. Jest słabe, ale nie spotkałem się wcześniej z czymś podobnym – oznajmił Abz, spoglądając na swój uniwersalny skaner.
- Jest groźne? - spytał Gareth.
- W takiej dawce żadne promieniowanie nie jest groźne. Zresztą, jak widać kwitnie tu życie – wyjaśnił całkiem słusznie obcy.
- Mogę zobaczyć? - zaciekawiła się Joanna. - Jesteś pewien, że czujników nie zakłóca specyfika pola magnetycznego?
- Potem będziecie się wymieniać technicznym bełkotem. Teraz sprawdźmy, co to za budowle – powiedział major i pogonił załogę.
Kiedy zbliżyli się do tajemniczego, przeczącemu prawom grawitacji obiektu, zauważyli, że jest to system budynków połączonych ze sobą mostami, które na zdjęciu satelitarnym wyglądały jak linie. Jedynym, co zdawało się łączyć twór z powierzchnią, były kręte schody. Nie zwlekając, badacze ruszyli nimi do góry.
- Kiedyś w Minecrafcie zbudowałem coś takiego – rzucił Chen. - Nie sądziłem, że zetknę się z czymś podobnym w realu.
- Miejcie broń w pogotowiu – polecił major. - Nie wiemy, co spotkamy na górze.
Podczas wędrówki cywilni członkowie załogi po raz kolejny pożałowali, że nie przykładali wagi do treningów. Byli w dobrej kondycji, a i tak podróż schodami kosztowała ich wiele energii. Kiedy dotarli na szczyt, potrzebowali chwili, aby odpocząć.
- A niech mnie... - stwierdził Gareth, rozglądając się dookoła.
Miejsce, w którym się znaleźli, przypominało trochę skansen, ale nierównający się z niczym, co mogli ujrzeć na Ziemi. Co najdziwniejsze, niektóre budowle wyglądały zadziwiająco znajomo. Każda z nich reprezentowała inny styl architektoniczny. W ich skład wchodziły kopie greckich i rzymskich zabytków, a nawet pałace rodem z dalekiego wschodu. Jednak nie wszystkie przypominały formy spotykane na Ziemi. Abz to udowodnił.
- Zaraz, widziałem coś takiego nie raz na starym mieście – wskazał na budowlę w kształcie dużego igloo.
Wszelkie rozmowy ucichły. Skala odkrycia tak przytłoczyła badaczy, że kontynuowali wędrówkę w milczeniu, obserwując wszystko w podobny sposób, jak Abz swoją ziemską sypialnię. Każdy element wzbudzał w nich fascynację i krążyli po podniebnym mieście jak w transie. Zaglądali do wnętrz budowli tylko po to, by odkryć, że w środku były całkowicie puste. Jak konstrukcje z klocków lego, które nie miały służyć żadnemu celowi, poza ładnym wyglądem z zewnątrz. Badacze przemieszczali się od budynku do budynku, aż dotarli do prostej, kolistej struktury w centrum. Ten gmach różnił się od pozostałych, bo był otoczony ogrodem, a jego dno znajdowało się znacznie poniżej poziomu mostów, jakby tworząc miejsce na obszerną piwnicę. Gareth zmarszczył podejrzliwie brwi i powoli wszedł do środka. Przystanął w progu i dokładnie się rozejrzał. W pomieszczeniu znajdował się długi drewniany stół zastawiony talerzami, półmiskami i dzbanami – wszystkie z bogatą zawartością. Major przestąpił parę kroków do przodu, pozwalając wejść pozostałym, i zdumiony przyjrzał się potrawom, podobnie jak jego towarzysze. Zastanawiali się, czy to jakiś podstęp, czy miraż. Dania znajdujące się na stole wyglądały na ziemskie. Podeszli bliżej, by móc je lepiej obejrzeć. Oprócz pieczywa i owoców znajdowały się tam potrawy zadziwiająco bliskie sercom podróżników, jak polskie pierogi czy walijski laverbread. Nawet Abz rozpoznał warzywa pochodzące z jego planety. Najbardziej jednak intrygowała ilość nakryć. Było ich sześć, jakby zostały przygotowane dla wszystkich członków załogi i kogoś jeszcze.
- Niczego nie brakuje? - usłyszeli nagle głos i gwałtownie odwrócili się w stronę drzwi.
Gareth i Hilda od razu wycelowali karabiny w tajemniczą osobę, czekając na jej kolejny ruch. Mężczyzna się tym jednak nie przejął i wszedł do środka. Miał na sobie prostą czerwoną szatę sięgającą kostek i wyglądał dość niepozornie. Był niższy od wszystkich członków załogi, miał okrągłą twarz i postrzępione włosy w mysim kolorze. Wyglądał na około czterdzieści lat, ale jego oczy zdawały się dużo starsze.
- Coś ty za jeden? - spytał podejrzliwie Gareth, cały czas trzymając palec na spuście.
- Jestem Monus, przyjaciel. Nie musicie do mnie mierzyć – powiedział ze spokojem mężczyzna i podszedł do stołu. - Żyję tu sam od wielu lat, więc jak was zobaczyłem, chciałem was miło ugościć. Niestety miałem mało czasu, więc nie wiem, jakie są wasze ulubione potrawy, ale mam nadzieję, że przynajmniej częściowo udało mi się trafić w wasze gusta. Usiądźcie – rzekł z uśmiechem i zajął miejsce przy stole.
Przez chwilę major stał bez ruchu i mu się przyglądał. Mężczyzna nie wyglądał na uzbrojonego. Co prawda Gareth pozostał nieufny, ale na razie nie miał powodu, by bez przerwy trzymać obcego na celowniku. Pozwolił swym ludziom spocząć, ale póki co nikt z nich nie tknął jedzenia.
- Nie bójcie się, nic wam nie będzie. Stworzyłem te dania z podstawowych molekuł. Nie daję gwarancji idealnego smaku, ale na pewno wam nie zaszkodzą – zapewnił Monus, nakładając sobie na talerz udko.
Abz sprawdził coś na swoim skanerze, jakby badając, czy w pokarmie nie ma żadnych toksyn. Po chwili schował przyrząd i wziął z półmiska coś, co przypominało zielone jajo. Ugryzł je, przeżuł kawałek i spojrzał na kolegów z aprobatą. Po chwili wahania ci również zaczęli się częstować. Nawet poczuli się głodni.
- Kim jesteś? - spytała Joanna, patrząc na kosmitę z zaciekawieniem. Po spotkaniu z Anahibianami widok obcego przypominającego człowieka już jej tak nie dziwił, ale wszystko pozostałe jak najbardziej.
- Już mówiłem. Jestem Monus.
- To wiemy, ale z jakiej rasy pochodzisz? Gdzie się podziała reszta? - ciągnęła uczona.
- Oj, trudno będzie to pojąć waszymi słabo rozwiniętymi umysłami – odparł obcy i westchnął.
- Spróbujemy – nie ustępowała Joanna.
- No nie wiem... Nie jesteście gotowi...
- Mów! - zdenerwował się Gareth i odruchowo zacisnął ręce na broni.
Monusa nie wystraszył ten gest, ale westchnął po raz kolejny.
- No dobra, sami tego chcieliście – powiedział z wahaniem. - Pochodzę z rasy Pierwszych. A tak przynajmniej nas z reguły nazywają.
- Pierwszych? - zdziwiła się Joanna.
- Tak, byliśmy pierwszymi ludźmi... Widzicie? Mówiłem, że to dla was za wiele.
- Mów! - tym razem wykrzyknął nie tylko Gareth, ale przyłączył się też do niego Chen.
- O rany... To było tak... Moja rasa swego czasu zajmowała się kształtowaniem ewolucji na obcych planetach. Chcieliśmy stworzyć więcej światów, gdzie żyłyby istoty takie jak my. Wy macie gry i różne symulacje, a my robiliśmy to samo z planetami. Ale w roku 4023 ery X weszła ustawa zakazująca ingerencji w życie na obcych planetach. Uznano to za nieetyczne, ponieważ często dochodziło do różnych klęsk, wojen i innych takich nieprzyjemności na zmodyfikowanych światach. Tylko, że nie wszyscy sobie darowali... Widzicie, wasza rasa wyszła mi super, naprawdę super. To znaczy wasza również... chociaż w zasadzie nie ja ją zaprojektowałem tylko mój znajomy, ale i tak jesteście dość bliscy memu sercu – zwrócił się na chwilę do Abza. - Mimo wszystko... wasza to moja ulubiona. Grecja, Rzym... to było coś. W każdym razie miałem plan, żeby to bardziej dopracować, wziąć to co najlepsze i stworzyć świat idealny. Więc wybrałem tę przytulną małą planetkę, trochę zmodyfikowałem, bo była za lekka, i wziąłem się do roboty, ale... cóż, niestety się zorientowali. Kara za złamanie dyrektywy numer dwa jest surowa. Najpierw powrót do cielesnej formy, a potem dożywotnie wygnanie. Dobrze, że chociaż pozwolili mi zostać tutaj. Niestety nie mogę już ingerować w ewolucję, ale przynajmniej zostawili mi możliwość inżynierii molekularnej na podstawowym poziomie.
Monus urwał, gdy zobaczył, że badacze wpatrują się w niego zszokowani. Zwiesił głowę i westchnął po raz trzeci, ale tym razem bardzo głośno i przeciągle, jakby miał się zaraz rozpłakać.
- No i wiedziałem, że tak będzie. Pewnie teraz zniszczyłem wasz prosty, niewinny światopogląd. Nie, to naprawdę nie tak, jak myślicie. Nie bądźcie smutni. Nie stworzyłem waszej planety, ani nic z tych rzeczy. Ja tylko pchnąłem ewolucję w odpowiednim kierunku. Nie przejmujcie się tym, możecie dalej kultywować wasze wierzenia – powiedział błagalnym tonem.
Badacze jeszcze się nie otrząsnęli. Wciąż wpatrywali się w Monusa z niedowierzaniem.
- Chcesz powiedzieć... że jesteś... Bogiem? - wymamrotała Joanna.
- Nie, jestem bardzo skromny. W życiu nie miałem tak wysokiego mniemania o sobie. Mówię, ja tylko pokierowałem ewolucją, a wy już zrobiliście całą resztę. Ja się tylko przyglądałem.
- Ile ty masz lat?! - odezwał się Gareth, który już kompletnie zgłupiał.
- Dużo. Od samego mojego uwięzienia minęło jakieś tysiąc ziemskich lat – odparł Monus.
- Ale zaraz... Jeśli wszystko, co powiedziałeś, to prawda... Skąd wiedziałeś, jakie potrawy dla nas wybrać? Skąd znasz nasz język? Przecież od wieków nie odwiedzałeś Ziemi – powiedział Chen.
- Nie zrozumiecie tego. Wasze mózgi są za słabo rozwinięte. Ja widzę więcej. Patrzę na was i wiem, kim jesteście. Na przykład ty – wskazał na Hildę. - Wiem, że urodziłaś się w Monachium, że lubisz książki Kinga i nocne spacery. - Przeniósł wzrok na Chena. - Ty czujesz się bardziej Amerykaninem niż Chińczykiem. I choć masz IQ powyżej sto osiemdziesiąt, często wydaje ci się, że dużo ci brakuje do perfekcji. Ty jesteś utalentowanym pilotem – zwrócił się do Garetha. - Pierwsze lekcje zacząłeś pobierać w wieku piętnastu lat dzięki swemu ojcu. Miałeś psa, który się wabił Klusia, i dwa chomiki. Jeśli chodzi o ciebie, Joanno, uwielbiasz zimę i śnieg, a w lecie zwykłaś wyjeżdżać na północ. Zaś ty, Abz, czasami żałujesz, że twoja mama jest prezydentem, bo masz wrażenie, że niektóre rzeczy przez to za łatwo ci wychodzą. Jest coś, co jeszcze chcielibyście wiedzieć?
- Tak. Kto wygra najbliższe Euro? - palnął Gareth, podczas gdy pozostali przyglądali się Monusowi w zdumieniu.
- Jest coś, co bardzo chcielibyśmy wiedzieć – powiedziała Joanna ze znacznie większą powagą niż jej kolega. - Mówisz, że nas obserwowałeś. Musiałeś widzieć nasz statek. Nie my go stworzyliśmy. Wiesz, skąd pochodzi?
- Wiem – odparł Monus jak gdyby nigdy nic.
Jego odpowiedź wzbudziła niemałe zainteresowanie. Poruszenie dało się wręcz wyczuć w powietrzu.
- Powiedz nam – poprosiła Joanna, wyraźnie ożywiona.
Monus popatrzył na przybyszów ze smutkiem i zakłopotaniem.
- Nie mogę... Już i tak powiedziałem wam za dużo.
- Ale dlaczego nie? Co się stanie, jak się dowiemy? Zbudowała go jakaś złowroga rasa, czy coś? - spytał Chen.
- Nie, nic z tych rzeczy. Ale po prostu... to dla was za dużo. Nie powinniście się bawić czymś, co znacznie wykracza poza wasze zdolności poznawcze.
- Dlatego jak nam powiesz, łatwiej nam będzie go zrozumieć – nalegała Joanna.
- Nie! - rzekł stanowczo Monus.
Jakiekolwiek próby przekonania go nie przyniosły rezultatów. Rozmowy ucichły i załoga miała okazję na chwilę zadumy. Dopiero wtedy jej członkowie w pełni uświadomili sobie skalę swego odkrycia. Badacze stali na moście i obserwowali krajobraz. Niespecjalnie jednak przywiązywali wagę do jego piękna. Bardziej myśleli o tym, czego przed chwilą się dowiedzieli. Do niedawna uważali, że największym odkryciem ludzkości było spotkanie z Anahibianami, ale tamto zdarzenie zostało przyćmione przez osobę Monusa. Nie tylko wiedzieli już, skąd wzięli się ludzie i Anahibianie, ale także zdali sobie sprawę, że we wszechświecie musi istnieć wiele ras humanoidalnych.
- Nie rozumiem. Zdradził nam jedną z największych zagadek ludzkości, a nie mógł nam powiedzieć, skąd jest statek? - dziwił się Chen.
- Mnie bardziej zastanawia, co powiemy, gdy wrócimy do bazy – rzekła Joanna z przejęciem.
- Jak to co? Prawdę – odparł Gareth beznamiętnie.
- Wiesz jaką burzę to może wywołać? Chyba już rozumiem, czemu program ISET jest trzymany w tajemnicy. Ludzie rzeczywiście nie są gotowi na takie rzeczy – stwierdziła Joanna.
- Bo są głupi. Ja jestem wierzący i wcale nie czuję, żeby moja wiara była zagrożona. Tak jak powiedział Monus, on nie jest Bogiem, nie stworzył Ziemi czy wszechświata, tylko trochę zaingerował w ewolucję. Jeśli ktoś miałby przez to stracić wiarę, znaczyłoby to, że to nie była prawdziwa wiara – wyjaśnił Gareth.
Po raz pierwszy wypowiedź majora zrobiła na Joannie tak duże wrażenie. Nie spodziewała się po nim równie mądrych słów. Może do tej pory go nie doceniała? Nie znał się zbytnio na nauce, ale to nie znaczyło, że był idiotą.
- Masz rację – przyznała. - Muszę przyznać, że sensowny z ciebie facet – poklepała go po plecach, na co Gareth się uśmiechnął.
- Ładnie tu, prawda? - Przybysze nagle usłyszeli głos Monusa. - Sam to wszystko zaprojektowałem.
- Taa... - odezwał się Gareth, unikając kontaktu wzrokowego. - Będziemy się zbierać. Musimy zdać raport. Ale pewnie wrócimy. Mamy wiele pytań.
- Och... rozumiem. Ale jest problem. Stąd nie ma powrotu – powiedział niewinnie Monus, jakby chodziło o coś oczywistego.
Dla podróżników jego słowa okazały się niemałym szokiem.
- Słucham? - rzekł Gareth z niedowierzaniem.
- Z tej planety nie można się wydostać. Gdyby się dało, już dawno bym to zrobił, prawda? - wytłumaczył raz jeszcze obcy i zaśmiał się beztrosko, ale szybko spoważniał, gdy zobaczył wyrazy twarzy przybyszy.
- Przestań żartować, bo zaczyna mnie to denerwować – warknął major.
- Nie żartuję!
Gareth zmarszczył brwi. Miał ochotę przyłożyć Monusowi w twarz, ale się powstrzymał. Zawsze starał się używać siły tylko w ostateczności. Przeniósł wzrok na Joannę i Abza, którzy wyglądali na równie zmieszanych, co pozostali.
- Sprawdźcie to! - rozkazał.
- Jak? - spytał Abz z przestrachem.
- A skąd ja mam to wiedzieć?! To wy jesteście naukowcami! Przydalibyście się wreszcie do czegoś!
Garethowi wyraźnie puściły nerwy. Jego słowa zabolały, i to bardzo, bo przypomniały uczonym o niedawnej porażce.


Hilda siedziała przy stole i znudzona podpierała się ręką. Z wszystkich członków załogi wyglądała na najmniej przejętą. Zwłaszcza w porównaniu z Chenem, który nerwowo miętolił w dłoniach swoją czapkę z daszkiem. Gareth miał posępną minę. Stukał palcami w blat stołu i obserwował poczynania Abza i Joanny, którzy wędrowali po pomieszczeniu ze swoimi skanerami.
- Ciekawe – powiedział albinos, podchodząc do Monusa. - Wygląda na to, że źródłem tego dziwnego promieniowania jest ten pierścień.
Badacze wcześniej nie zwrócili uwagi na sygnet obcego. Nie wyglądał podejrzenie, ot zwykły czerwony kamień oprawiony w złoto.
- Cóż... - Monus odruchowo odsunął rękę. - To narzędzie, które pomaga mi tworzyć.
- Z czego jest zrobione?
- To nieistotne. Nie pomoże wam w wydostaniu się stąd. Skoro mi się nie udało, to wam tym bardziej się nie uda.
- Nie doceniasz nas – rzekła Joanna. Jeszcze nie straciła nadziei.
- Przejdę się. Pracujcie dalej – mruknął Gareth i wstał.
Zdecydowanie nie zamierzał kończyć kariery na planecie zwariowanego kosmity. Otaczające piękno w jego oczach zamieniło się w brzydotę. Kiedy kluczył siecią mostów, widok fantazyjnego miasta już go nie zachwycał. Chciał wrócić do bazy, położyć się na swoim łóżku, powyciskać sztangę na siłowi i zjeść na kolację wędzonego łososia. Na pewno nie zamierzał spędzić wieczności z pseudobożkiem, którego własny lud wykluczył ze swej społeczności.
- Proszę, nie bądź zły. Zobaczysz, że życie tutaj ci się spodoba.
Wyglądało na to, że Gareth nie mógł liczy na chwilę spokoju, bo Monus go odnalazł.
- Czego chcesz? - warknął major.
- Uspokój swoich ludzi. Przekonaj ich, że wszystko będzie dobrze. Pomyśl tylko, tutaj nie ma chorób ani cierpienia. Mogę nawet sprawić, że staniecie się nieśmiertelni.
- Nie, dziękuję.
Gareth ani myślał wdawać się w dyskusje. Ruszył przed siebie, mając nadzieję, że Monus da mu spokój, ale obcy cały czas za nim szedł.
- Będę mógł odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. O czym chciałbyś się dowiedzieć? Jaki rozmiar stanika ma Joanna? Nie ma sprawy.
- Wcale mnie to nie interesuje – mruknął major, coraz bardziej zirytowany.
- A właśnie, że interesuje.
Gareth przystanął i uniósł palec, jakby chcąc Monusowi pogrozić.
- Wcale się nie dziwię, że twoi ludzie cię wygnali. Jesteś wyjątkowo denerwujący. Znajdź sobie inną ofiarę – powiedział.
W końcu został sam i odetchnął z ulgą. Nie obchodziło go, z jak zaawansowaną technologią mieli do czynienia. Wierzył w swoich ludzi. Wierzył w nich bardzo i nawet jeśli go parę razy zawiedli, wiedział, że się nie poddadzą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz