środa, 26 sierpnia 2015

ISET, tom II, rozdział IX

Rozdział IX - „Przekroczyć granicę”

Do najlepiej strzeżonego więzienia na całym Mloku mało kto miał wstęp. Nie przetrzymywano tu zwykłych przestępców, lecz najpotworniejszych zbrodniarzy i najniebezpieczniejszych terrorystów w całym kwadrancie. Doskonale przeszkolone jednostki stacjonowały tu non stop, a szereg zabezpieczeń skutecznie izolował to miejsce przed światem zewnętrznym. Nie było tu kwiatów i pięknych wzorów, które tak uwielbiano w tej części planety. Jedyne, co się wyróżniało na tle burego wystroju, to krocząca korytarzem osoba. Większość personelu gapiła się na nią ze zdumieniem, gdyż rzadko wpuszczano tu niemundurowych, a już tym bardziej indywidua ubrane tak dziwacznie. Jaskrawozielone spodnie, wsunięte w żółte buty z cholewami do kolan, zdobione licznymi paskami, tworzyły ekscentryczną mozaikę wraz z pomarańczową, połyskującą kamizelką, rękawiczkami bez palców w tym samym kolorze i równie jaskrawym lakierem do paznokci. Strój rzucał się w oczy nawet w tym bogatym kulturowo świecie, a jego właściciel zdawał się całkowicie ignorować ciekawskie spojrzenia. Włosy miał bujne, ale względnie krótkie i niemalże całkowicie siwe, choć na twarzy nie było znać jeszcze zmarszczek. Cechował się sympatyczną aparycją, a jednak naczelnik więzienia wybiegł mu nerwowo naprzeciw i skłonił się nisko.
- Komandorze Bumaga... - podjął. - Jeśli czegoś potrzebujecie, to moi ludzie...
- Po prostu zaprowadźcie mnie do tego smroda – uciął kolorowo ubrany mouk.
- Tak jest.
Od momentu, gdy tylko dowiedział się o pojmaniu Lakszmee, Bumaga nie mógł się doczekać konfrontacji z nim. Niestety inne obowiązki mu to uniemożliwiały, aż do teraz. Czuł przyjemny dreszczyk emocji na samą myśl o spotkaniu. Traktował to jak coś znacznie więcej, niż tylko wykonywanie swoich powinności.
Wszedł do celi i drzwi się automatycznie za nim zamknęły. Nie potrzebował żadnych uzbrojonych ludzi do pomocy. Tylko on i król terrorystów. Idealnie.
Lakszmee zerwał się z pryczy i spojrzał na mouka ze zdumieniem. Intensywna wymiana spojrzeń trwała przez kilka chwil, po czym więzień wybuchnął śmiechem. Ciężko było określić, czy jest to rechot szaleńca, czy po prostu szydercze widowisko, ale Bumaga tylko obserwował ze stoickim spokojem. Sam odrobinę się uśmiechnął. Gdy więźniowi zabrakło tchu i ucichł, mouk podszedł do niego ze spokojem, bardzo powoli, delektując się każdym krokiem. Lakszmee rzucił mu ostatnie rozbawione spojrzenie, po czym Bumaga chwycił go za kombinezon i przycisnął do ściany w ten sposób, że nogi terrorysty nie dotykały podłogi. Więźniowi ewidentnie nie było już do śmiechu. Wyglądał na zszokowanego siłą, którą odczuł bardzo dotkliwie. Bumaga użył przedramienia prawej ręki, by go trochę przydusić.
- Skrzywdziłeś go... - wysyczał. - Nie obchodzi mnie, że to twoi ludzie nacisnęli na spust... Ty wydałeś rozkaz... A ja nie wybaczam tym, którzy go krzywdzą. I nie mam dla nich litości. - Z głosu Bumagi wylewała się wściekłość, czego wcale nie zamierzał kryć. Wprost przeciwnie, chciał dać do zrozumienia, co czuje i jaki przez to może być groźny.
Chyba podziałało, bo Lakszmee rozszerzył oczy z przestrachem i zdumieniem, którego Bumaga właśnie oczekiwał. Puścił go, a więzień runął z łomotem na podłogę.
- Coś ty za jeden? - wykrztusił terrorysta.
Bumaga odgarnął włosy za ucho i poprawił kamizelkę. Kompletnie zignorował pytanie.
- Dobra, pora na część oficjalną – rzucił. - Gdzie jest pierścień?
Chodź Lakszmee wciąż wyglądał na zdezorientowanego, pozbierał się, usiadł, a jego twarz nabrała nieco bardziej pewnego siebie wyrazu.
- Nie wiem, o czym mów... - podjął, ale nie dokończył, bo Bumaga kopnął go w brzuch.
Na tym się nie skończyło, gdyż mouk znowu pochwycił więźnia i przycisnął go do ściany, ale tym razem plecami do siebie. Złapał go za włosy i zaczął uderzać jego głową o gładką powierzchnię.
- Gdzie... - Łup! - … jest... - Łup! - ...pierścień?! - Łup!
Kiedy Bumaga puścił Lakszmee, ten runął na podłogę, krwawiąc obficie z nosa, który wyglądał na złamany.
- Nie możesz! - wykrzyknął zdesperowany. - Prawo zabrania tortur!
Bumaga kucnął przy nim.
- Ja jestem poza prawem. - Złapał Lakszmee za ubranie i przyciągnął do siebie. - Teraz jestem twoim bogiem. Nie jakieś wyimaginowane ludziki spoza galaktyki. Ja! To ja mam twoje życie w garści! Ja o nim decyduję! I będziesz mi mówił wszystko, tak jak to przed bogiem przystało! - wrzasnął niemalże jak szaleniec.
- Kim jesteś? - wymamrotał Lakszmee, którego kilka mocnych uderzeń w głowę musiało trochę oszołomić.
- Mówi ci coś nazwa Biały Oddział?
Spoglądając więźniowi prosto w oczy, Bumaga wiedział, że coś terroryście zaświtało, choć Lakszmee za wszelką cenę próbował zachować kamienną twarz. Milczał. Moukowi znudziła się już ta zabawa. Pchnął więźnia na podłogę i ucisnął kilka punktów na jego klatce piersiowej. Na efekty długo nie musiał czekać. Lakszmee zaczął rozpaczliwie próbować złapać oddech, ale coś skutecznie mu to uniemożliwiało. Bumaga usiadł sobie na pryczy, z jednej kieszeni kamizelki wyjął grzebień, z drugiej lusterko i zaczął poprawiać sobie fryzurę, słuchając, jak więzień się dusi.
- Widzisz, nie mam magicznego pierścionka, a też potrafię zrobić czary mary – rzucił od niechcenia.
Schował przybory, z powrotem podszedł do więźnia, nie spiesząc się ani trochę, i uderzył pięścią w klatkę piersiową Lakszmee w sposób tylko sobie znany i dokładnie wymierzony. Więzień kaszlnął i wziął głęboki wdech. Dyszał ciężko, ale powoli wszystko zaczynało wracać do normy.
- No to jak? Będziesz mówić? - spytał Bumaga słodkim głosem.
Ponieważ Lakszmee dalej milczał, nie pozostawało nic innego niż nieco zmienić strategię.
- W takim razie złożę wizytę twojej przyjaciółce Oglin. Może ona będzie bardziej wygadana. Chętnie wezmę ją na spacer. Mamy taki piękny słoneczny dzień. - Uśmiechnął się z pozoru uroczo. - Ale jeśli zmienisz zdanie i jednak zechcesz ze mną porozmawiać... Cóż, jestem do dyspozycji.
Twardziel – pomyślał Bumaga. Nawet to go nie złamało. Ale to nic, miał jeszcze wiele czasu, a cierpliwości mu nie brakowało.


Bardzo długo Abz bił się z własnymi myślami, ale w końcu postanowił podjąć konkretne działania. Nie miał żadnej gwarancji, że się uda, ale nic mu nie pozostało. Musiał w jakiś sposób zbliżyć się do Rinan, dlatego zaprosił ją na kolację. Dzięki temu chciał okazać swą dobrą wolę, ale jednocześnie zachować trochę dystansu. Derks zasugerował mu urukinską restaurację, gdyż twierdził, że ten typ kuchni najbardziej podejdzie Anahibianom. Abz nigdy wcześniej nie widział urukinów ani nawet o nich nie słyszał i normalnie czułby się podekscytowany możliwością poznania nowej kultury, ale tym razem miał zupełnie inne priorytety.
Rinan wyglądała na zadowoloną, ale na razie niewiele się odzywała. Weszli do środka, a w zasadzie zeszli, gdyż lokal znajdował się pod ziemią. Wnętrze przywitało ich przyjemnym chłodem i stłumionym światłem. Kamienne ściany były ozdobione kolorowymi paciorkami, podobnie jak wiszące lampy i nisko położone stoły. Krzeseł tu nie było, więc wszyscy siedzieli na materacach. Urukini cechowali się długimi ogonami, niezbyt ładnymi, gołymi jak u szczura. Co ciekawe, ich włosy miały różne barwy, częściowo jasne, częściowo ciemne, co niekiedy tworzyło ciekawe wzory jak u zwierząt. W pomieszczeniu znajdowali się jedynie męscy przedstawiciele tej rasy, zarówno wśród klientów, jak i personelu, a ich opalone ciała były dość muskularne.
- Od razu czuć inność. Podoba mi się tu – stwierdziła Rinan i usiadła.
Abz chciał podjąć rozmowę, która doprowadziłaby go do celu, ale nie umiał zebrać się w sobie. Zaś Rinan zdawała się niezrażona jego milczeniem.
Potrawy dostali bardzo szybko. Wizualnie może nie prezentowały się za dobrze, bo miały konsystencję bardzo gęstej papki, ale za to smak okazał się słodki i przyjemny, rzeczywiście trochę jak na Anahibi. A co najważniejsze nie używano tu żadnych sztućców, czy innych dziwnych wynalazków.
- Wiesz, Rinan... Chciałem cię przeprosić – podjął wreszcie Abz i oblizał palce. - Ostatnio byłem dla ciebie zbyt oschły.
- I musiałeś mnie zaciągnąć aż tu, żeby mi to powiedzieć? - rzekła kobieta żartobliwie.
- Chciałem ci to jakoś wynagrodzić.
- Cóż... miło mi.
Na moment Abz znowu zamilkł. Nie chciał sprawiać wrażenia spiętego, więc musiał coś szybko wymyślić, żeby kontynuować rozmowę.
- Niepotrzebnie się od ciebie odsunąłem... Może i masz ciężki charakter, ale zawsze sobie ufaliśmy, prawda? - ciągnął.
- Dalej ci ufam.
- No właśnie, ja tobie też – skłamał. - To ważne... Zwłaszcza tutaj. Zdałem sobie sprawę, że brakuje mi czasów, kiedy mówiliśmy sobie wszystko. Czasem mam wrażenie, że boisz się przede mną otworzyć, a ja przecież wciąż jestem twoim najlepszym przyjacielem... Naprawdę, jeśli coś cię dręczy, to mi możesz powiedzieć.
Abz zdał sobie sprawę, że chyba powiedział za dużo zbyt szybko, bo Rinan zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego podejrzliwie.
- Wydaje mi się raczej, że to ciebie ostatnio coś dręczy... - podjęła i zamyśliła się na chwilę. - Dziwne... czemu nagle mi to wszystko mówisz, czemu nagle zachowujesz się, jakby... - Rozszerzyła oczy i wlepiła je w zakłopotanego Abza. Chyba coś sobie nagle uświadomiła. - Ty myślisz, że udawałam, tak? Że nic nie powiedziałam, a cały czas udawałam, że byłam zahipnotyzowana, zgadza się? - podniosła głos.
- Nie no... coś ty!
- Nie udawałam!
- Ale ja nic takiego nie...
- Skoro mi tak ufasz, to trzeba było normalnie porozmawiać, a nie jakieś podchody robić!
- Przepraszam. Przepraszam, przepraszam...
Tak popisowej porażki Abz się nie spodziewał. Musiał się teraz nieźle nagimnastykować, żeby wszystko odkręcić.


Biała koszula, czarna marynarka i czarne dżinsy stanowiły jedyne względnie wyjściowe ubranie, jakie Chen wziął ze sobą w podróż, toteż postanowił założyć je do teatru. Choć biorąc pod uwagę fakt, że znajdował się na obcej planecie, ziemska moda i tak nie miała zbyt dużego znaczenia.
Największym zaskoczeniem okazał się Derks, bo Chen jeszcze nigdy nie widział go w stroju tak odbiegającym od tego, co z reguły nosił. Początkowo myślał wręcz, że to suknia, w pięknym jasnoniebieskim kolorze. Jednak po dokładniejszych oględzinach okazało się, że Derks ma na sobie spodnie. Były po prostu szerokie i zwiewne. Zaś obcisła góra stroju zawiązana była wokół jego ciała trochę jak szlafrok i zdawała się zlewać z dołem w jedną całość.
- No co? - spytał podejrzliwie Derks, widząc świdrujące spojrzenie przyjaciela.
- A nic... - zreflektował się Chen. - Chodźmy.
Okazało się, że strój nie był wcale tak istotny, gdyż na występ przybyli przedstawiciele różnych kultur. Chen nie sądził, że kiedykolwiek ujrzy tyle ras w jednym miejscu. W teatrze poczuł się trochę jak na „Gwiezdnych wojnach”. Widział ludzi z ogonami i ludzi pokrytych łuską, ludzi bardzo wysokich i ludzi bardzo niewielkich oraz wiele innych form, w które mogłaby wyewoluować rasa ludzka, gdyby żyła na innej planecie.
Sam teatr miał kształt sześciokąta, podobnie jak scena znajdująca się na samym środku. Siedzenia widowni znajdowały się dookoła, podzielone siłą rzeczy na sześć sektorów. Chen zdziwił się, że dostali miejsca tak blisko sceny. Najwyraźniej Derksowi udało się zdobyć bilety dla vipów. W końcu był bohaterem, więc się mu należało.
Na sali zapanowała kompletna cisza, a pomieszczenie wypełniły dźwięki muzyki. Była spokojna i nastrojowa, trochę tajemnicza i mało rytmiczna, niektóre tony zdawały się nie pasować do całości, ale Chen szybko się do niej przyzwyczaił. Nie znał tutejszych instrumentów, ale wyraźnie słyszał dźwięk szarpanych strun i przyjemne pobrzmiewanie elementów perkusyjnych w tle. Bardziej jednak interesowała go oprawa wizualna. Gdy w scenie rozsunął się mniejszy sześcian, z podziemia wyjechała postać. Przynajmniej Chen nie musiał już zachodzić w głowę, gdzie znajdowały się kulisy. Umiejscowienie ich pod sceną zdawało się ciekawym zabiegiem.
Postać na razie ani drgnęła. Chen obserwował w skupieniu. Pamiętał ją ze zdjęcia, które kiedyś pokazał mu Derks. Skojarzenie z porcelanową lalką powróciło. Tancerz miał naprawdę bladą cerę, choć mogła to być zasługa makijażu, oraz dziewczęcą twarz i długie, jedwabiste włosy, czarne jak smoła. Wyglądał na osobę naprawdę filigranową, a ubranie zdawało się na niego wręcz za duże, choć pewnie był to zabieg celowy. Suknia, tunika... właściwie Chen nie wiedział, jak to określić, została przepasana zieloną wstęgą, a pod spodem tancerz nosił czerwone spodnie z szerokimi nogawkami, związane w kostkach. Główną czarną część stroju pokrywały wyszyte liście i czerwone kwiaty. Zaś rękawy wyglądały na niepraktycznie długie, bo sięgały prawie podłogi. Jednak Chen szybko pojął ich przeznaczenie, gdy Hap-Pa-Mundi zaczął tańczyć. Niemalże płynął przez scenę, z niebywałą gracją, idealnie zgrany z dźwiękami muzyki, a pod wpływem dobrze wypracowanych ruchów rąk rękawy powiewały efektownie, stanowiąc sztukę samą w sobie. Wkrótce Chen podziwiał widowisko oczarowany, niemalże w transie. Nie dziwił się, że przybyły tu tłumy. Uświadomił sobie, że to coś więcej niż taniec, to cała historia opowiadana uniwersalnym językiem ciała. Trochę jak balet, tyle że jednoosobowy. Przez moment Chen nawet żałował, że nie ma więcej tancerzy na scenie, ale domyślił się, że samotność była tu ważnym elementem kulturowym. Zaburzenie tego indywidualizmu mogłoby zniszczyć całą koncepcję, a Hap-Pa-Mundi doskonale sobie radził i ewidentnie odgrywał więcej niż jedną rolę, co jakiś czas zmieniając mimikę i styl tańca. Odzwierciedlał wszystkie emocje, od gniewu do smutku, od radości do strachu, co czyniło go nie tylko znakomitym tancerzem, ale też aktorem. I wszystko odbywało się bez użycia choćby jednego słowa. To był rodzaj sztuki, który łączył kultury.
Gdy występ dobiegł końca i tancerz pokłonił się nisko, Chen poderwał się i zaczął bić brawo. Długo jednak to nie trwało, bo Derks natychmiast chwycił go za marynarkę i sprowadził z powrotem na siedzenie ze zdenerwowanym wyrazem twarzy.
- Ciszą okazujesz szacunek – szepnął, a Chen prawie wbił się w fotel z zażenowania.
Rzeczywiście cała sala milczała. Trwało to może jakieś pół minuty, po czym Hap-Pa-Mundi powrócił na sam środek sceny i zjechał na dół do kulis.
Po tak silnych wrażeniach Chen nawet nie wiedział, co powiedzieć. Zresztą wciąż bał się odezwać. Dopiero, gdy wyszli na zewnątrz i gdy Derks spytał go o wrażenia, przestał milczeć.
- Chcę więcej.
Dwa słowa wystarczyły, by dać do zrozumienia, jak bardzo mu się podobało. Derks rozpromieniał jak mało kiedy.
- Nie ma problemu. W hotelu poszukamy czegoś w holowizji – zaoferował.
Perspektywa spędzenia wieczora na wspólnym oglądaniu tańców kosmitów bardzo przypadła do gustu Chenowi. Na Ziemi niezbyt interesował go ten typ sztuki, ale tutaj nabrał zupełnie innego wymiaru.
Plan Derksa okazał się trafiony, choć oglądanie tańców na holograficznym ekranie nie równało się z występem na żywo. Jednak Chenowi to wystarczało. I tak najbardziej liczyło się towarzystwo. Został też poczęstowany trunkiem, który tutaj uchodził za narodowy specjał, ale okazał się tak obrzydliwy w smaku, że darował sobie dalsze picie.
- Od dawna się interesujesz tymi tańcami? - rzucił od niechcenia, nalewając sobie wody do kubka.
- Od małego dzieciaka.
- Serio?
- Zanim się stało... no wiesz co, to spędzałem na tym mnóstwo czasu. Chodziłem na kurs, miałem nawet taki strój... Chciałem kiedyś to robić zawodowo, takie dziecięce marzenie. Ale już wtedy byłem za wysoki, strasznie mnie to wkurzało.
Takich rewelacji Chen się nie spodziewał. Jego oczy aż rozszerzyły się z zaskoczenia.
- No proszę... Pomyśleć, że zamiast wojownikiem mógłbyś być tancerzem. Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić, chociaż... - Chen usiadł obok kolegi. - Ty w tym stroju, wywijający rękawami... Umiesz się dobrze ruszać, więc czemu nie. Chciałbym to zobaczyć – powiedział całkowicie na serio.
- Pewnie wywołałoby to u ciebie spory popęd seksualny – wypalił Derks, też całkowicie na serio.
W jednej chwili radosny nastrój Chena znikł, ustępując miejsca niebywałemu zażenowaniu i spięciu.
- No coś ty... dlaczego tak mówisz? - stęknął, wręcz urażony.
Dotknęło go to, co powiedział Derks, i miał mu to wyraźnie za złe, do chwili, gdy uświadomił sobie, że usłyszał prawdę na swój temat. Choć do różnych rzeczy się nie przyznawał nawet przed samym sobą, nie mógł zaprzeczyć, że miewał niestosowne myśli na temat Derksa. Tylko nie sądził, że to było aż tak widać. Kiedy to sobie uzmysłowi, aż krew odpłynęła mu z twarzy.
- Wiem, jak czasem na mnie patrzysz. Ale nie martw się, nie mam ci za złe. - Derks najwyraźniej próbował go pocieszyć, ale kiepsko mu to wychodziło.
- Uh... to naprawdę nie tak... - Chen próbował się tłumaczyć, choć już sam nie wiedział po co.
- Właściwie sam o tym dużo ostatnio myślałem. No wiesz, o tym, jak to jest obcować z kimś. Czy to rzeczywiście czegoś warte. I właściwie czemu nie. Możemy uprawiać seks, jeśli chcesz.
Kubek prawie wypadł Chenowi z ręki, a on sam gapił się na przyjaciela w kompletnym szoku. Nawet nie chodziło o to, co powiedział, tylko jak to powiedział. Kompletnie bez wahania, bez zająknięcia, bez wstydu, nawet bez głębszych emocji. Jakby mu chodziło o spróbowanie nowego sportu.
- W co ty pogrywasz? - wydukał Chen.
- W nic nie pogrywam, mówię prawdę.
Teraz geolog kompletnie zgłupiał. Rzeczywiście, nie sądził, by Derks chciał namieszać mu głowie, ale jego prawdziwych intencji i tak nie rozumiał.
- Przecież mówiłeś, że takie rzeczy w ogóle cię nie interesują – wypalił Chen.
- Ale to było dawno. Sam stwierdziłeś, że się zmieniłem.
- Aż tak?
- Co aż tak? Po prostu jestem ciekaw, jak to jest. A że jesteś chętny... tak sądzę, atrakcyjny z punktu widzenia mojej rasy i do tego jesteś moim przyjacielem, to uznałem, że chyba nie ma sensu szukać kogoś innego.
Opanowany, poważny ton nie przestawał dominować w głosie Derksa. W tym momencie Chena trochę drażnił, bo brzmiało to tak, jakby Derks podchodził do całej sprawy strasznie mechanicznie.
- No właśnie... przyjacielem. A ty mówisz o tym... jakby to było wspólne pójście na ryby... czy coś takiego – zdenerwował się Chen i zaczął mocno gestykulować. - Tak jakby to było nic ważnego... coś, co w żaden sposób nie wpłynie na naszą przyjaźń.
- A czemu miałoby wpłynąć? Przecież... - Derks urwał i zupełnie zmienił wyraz twarzy. Zatroskał się, westchnął i spojrzał na Chena ze zrozumieniem. - No tak... Zapomniałem, że w waszej kulturze to może być istotne wydarzenie pod względem emocjonalnym. Przepraszam... Naprawdę nie chciałem cię urazić. Masz rację, w tej sytuacji, to nie byłby dobry pomysł.
Chenowi znowu zrobiło się wstyd, ale tym razem z powodu szczerości, z jaką Derks go przepraszał. Że też sam od razu nie pomyślał o jego odmiennym postrzeganiu świata.
- Nie no, ja szanuję twoje podejście do sprawy... - wydusił z siebie i zacisnął palce na kanapie, cały spięty. - I to nie tak, że nie chcę. Jesteś super i w ogóle... pewnie byłoby super i... w ogóle... - urwał, gdy zdał sobie sprawę, z jakim zaciekawieniem i uwagą patrzy na niego Derks. Tak jakby tylko czekał na jego „tak”, mimo tego wszystkiego, co przed chwilą powiedział. - Nasza przyjaźń mogłaby na tym ucierpieć – skwitował wreszcie.
- Pewnie – przytaknął Derks, choć z lekkim rozczarowaniem.
Po namyśle, Chen podjął trudną decyzję i wstał z wyraźnym westchnieniem. Chyba lepiej było udać się do swojego pokoju i zapomnieć o całej sprawie. Choć z drugiej strony, gdy tak głębiej się nad tym zastanowił, być może zaprzepaścił okazję swojego życia. Nie żeby seks z kosmitą był jego odwiecznym marzeniem, ale nie dało się ukryć, że brakowało mu czyjejś bliskości, a Derks nie raz wzbudzał w nim podobne odczucia, jak Uma Thurman w „Kill Billu”. Nic nie mógł na to poradzić. Derks był w jego typie, po prostu był. Chen traktował go jak przyjaciela, ale też dostrzegał w nim kogoś znacznie więcej. I to go przerażało. Nie był pewien, czy powinien się temu poddać, czy z tym walczyć. Rozsądek podpowiadał Chenowi, żeby wrócić do swojego pokoju i już nigdy nie wracać do całej sprawy, a z drugiej strony geolog bał się, że jeśli teraz zrezygnuje, będzie tego żałować do końca życia.
Chen zrobił kilka kroków w stronę drzwi, Derks nawet go nie zatrzymywał. Ale on sam to zrobił. Nie umiał tak po prostu odejść i zapomnieć, jakby nic się nie stało. Niestety był tylko człowiekiem, zwykłym, prostym, co z tego, że z tytułem profesora. Miał swoje potrzeby i nie zawsze potrafił z nimi walczyć. Odwrócił się. Derks zdążył wstać i gapił się na niego pytająco, z tym swoim niewinnym, choć poważnym wyrazem twarzy. Wahanie nie trwało długo. Dłużej tak nie mógł. Chen nie wytrzymał, podszedł szybko do kolegi, ujął w dłonie jego twarz i dał mu soczystego całusa prosto w usta. Nie był to może najbardziej namiętny pocałunek w jego życiu, ale wystarczył, by obudzić w nim żądze. Problem w tym, że powróciło wahanie. Zaś Derks dalej wpatrywał się w niego z niezmienionym wyrazem twarzy.
- To jak? Robimy coś? - spytał mouk niepewnie.
Odpowiedź wcale nie była taka prosta. Chen oblizał wargi, nie kryjąc zdenerwowania. Rozum podpowiadał jedno, ciało coś zupełnie innego. Ale teraz już chyba nie było odwrotu.
- Tak... robimy, robimy – przytaknął. Serce waliło mu jak szalone.
- Tylko że ja się na tym nie znam, więc będę musiał zdać się na ciebie.
Obok podniecenia i podekscytowania pojawił się strach. Co prawda Chen nie był całkowicie zielony w tych sprawach, ale jego doświadczenie mimo wszystko wypadało mizernie. Nie mówiąc już, że miał do czynienia z przedstawicielem innej rasy. Chęci nie znikały, ale myśl, że może w pełni nie sprostać zadaniu, przeraziła go na tyle, że poczuł się jak przed jakimś ważnym egzaminem. A na efekty nie trzeba było długo czekać.
- Przepraszam na chwilę.
Poszedł do łazienki powolnym krokiem, ale tylko udawał, że nie ma pośpiechu. Co za wstyd. W takiej chwili. Prawie jak zatrucie pokarmowe na pierwszej randce z dziewczyną. Do dziś to pamiętał.
Na szczęście poszło szybko. Chen podciągnął spodnie i spojrzał w lustro.
- No dalej, weź się w garść. Ufo porno samo się nie zrobi – powiedział do siebie. - Rany, co ja wygaduję. Chyba oszalałem już do reszty.
Musiał dodać sobie trochę animuszu. W końcu to on powinien być tym zdecydowanym, a jak na razie to Derks sprawiał wrażenie opoki spokoju. Skoro on się nie denerwował, to chyba Chen tym bardziej nie miał czym. Tak przynajmniej starał się sobie powtarzać.
Wyszedł z łazienki i zastał Derksa siedzącego po turecku na łóżku. Nago. Chyba stwierdził, że nie warto marnować czasu. A jego mina nie zmieniła się ani trochę. Jak zwykle, spokojny, opanowany, czekał sobie jak gdyby nigdy nic. Chen dostrzegł lekkie zdziwienie w jego oczach. Czyżby spodziewał się go zastać bez ubrania?
- Myślałem, że to zdejmiesz – rzucił, potwierdzając domysły Chena.
Oparł dłonie o kolana. Sądząc po jego zaciekawionej minie, raczej się nie wstydził. Za to Chen wprost przeciwnie. Jego wzrok skupiał się nie tam, gdzie trzeba i to tylko pogarszało sprawę.
- No o co ci chodzi? - Derks najwyraźniej zauważył jego problem.
- Uh... - Chen otarł pot z czoła. - Twój jest większy – wymamrotał zakłopotany.
Derks przewrócił oczami.
- Rozdzielnopłciowi i te ich głupie problemy. To w końcu chcesz tego czy nie? - zdenerwował się nieco.
O dziwo dopiero teraz na twarzy Chena pojawił się wyraz pewności siebie.
- Chcę – oznajmił stanowczo i zdjął koszulę. W końcu musiał się wziąć w garść. - Chcę, chcę, chcę - Zdjął wszystko pozostałe i wskoczył na łóżko.
Nie rzucili się na siebie od razu. A właściwie w ogóle się na siebie nie rzucili. Przez jakiś czas leżeli naprzeciwko siebie, podparci łokciami i obserwowali się badawczo. Trema minęła, ale jak na razie Chen opracowywał strategię. Chciał się dać poznać od jak najlepszej strony, jednak nie dane mu było wystarczająco dużo czasu. W końcu Derks przycisnął się do niego, sugerując zniecierpliwienie, a wtedy geolog poddał się całkowicie swoim instynktom. Analizowanie, rozważanie, szacowanie nie miały już żadnego sensu. Nakrył partnera swoim ciałem i wpił się w jego usta. I tak, tym razem nie pozostawały już żadne wątpliwości, że to był najbardziej namiętny pocałunek w jego życiu. Rany, jeśli już teraz czuł się tak niesamowicie, to aż w głowie się nie mieściło, co może nastąpić później. I rzeczywiście, każda następna sekunda zdawała się cudowniejsza. Nie spieszył się nigdzie, podszedł do sprawy powoli, delektując się nawet najdrobniejszym muśnięciem skóry o skórę. Poprzednie opory definitywnie przeszły do historii, zniknęły nieprzyjemne myśli, wahanie już nie istniało. Za to pojawił się zupełnie nowy poziom przyjemności, zarówno duchowej, jak i fizycznej. I ten wzrok Derksa, taki ufny, taki oddany. Chen wiedział, że zapamięta jego oczy na całe życie, bo nie odrywał od nich spojrzenia ani na sekundę, od samego początku, do samego końca. Końca, do którego pragnął wracać raz po raz.


Sny, słodkie sny, a ten najsłodszy z nich. Takie przynajmniej myśli krążyły po głowie Chena, gdy blask słońca o poranku zaczął go przywracać do rzeczywistości. Geolog otworzył jedno oko, i po chwili, gdy obraz się wyklarował, dostrzegł doniczkę ze skrzypopodobną rośliną stojącą na stoliku. Ciekawe, nie przypominał sobie takiej w swoim pokoju. Obrócił się na plecy, przez moment podziwiając kolorowy sufit, po czym zwrócił twarz w drugą stronę. To nie był sen, Derks wciąż znajdował się przy nim, śpiący na prawym boku, z kosmykami włosów przysłaniającymi twarz. Chen zwrócił się twarzą do niego i uśmiechnął mimowolnie. Gdy wpatrywał się w śpiącą postać, robiło mu się ciepło na sercu. Wyciągnął dłoń, by odgarnąć włosy, które przykleiły się jego towarzyszowi do twarzy. Bardzo powoli, by go nie obudzić, dotknął jednego z kosmyków. Ręka Derksa natychmiast zakleszczyła się na jego nadgarstku, jakby to było instynktowne i podświadome działanie. Chen na moment zamarł, bo uścisk Derksa naprawdę dało się nazwać żelaznym, ale mouk chyba się ocknął, bo otworzył oczy i puścił od razu.
- Przepraszam, nie chciałem cię obudzić – powiedział Chen.
- To tylko odruch – uspokoił Derks i uśmiechnął się.
Wstał i poszedł do łazienki, zaś Chen znowu położył się na wznak i gapił się w sufit próbując ogarnąć umysłem wszystko to, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby. Nijak nie spodziewał się takiego obrotu spraw i zastanawiał się, dokąd to wszystko doprowadzi.
Usłyszał otwierające się drzwi łazienki.
- Przyjedziesz do mnie? - spytał niewinnie głos Derksa.
Początkowo Chen nie za bardzo wiedział, czego mouk od niego chce, ale gdy do niego dotarł, wszystko stało się jasne. Nie zamierzał już pytać o wrażenia z poprzedniej nocy, dostał wystarczająco sugestywną odpowiedź. Wydawałoby się, że drugi raz nie będzie tak samo ekscytujący, jak pierwszy, ale zmiana otoczenia i wypełniające kabinę strumienie wody tylko dodały pikanterii.
Po pełnej wrażeń porannej rozgrzewce przyjaciele oporządzili się i zeszli na śniadanie. Sielankowy nastrój zapewne by się przeciągnął, gdyby Chen nie zauważył, że są obserwowani. Początkowo myślał, że siedzący przy stoliku nieopodal mouk to tylko zwykły klient, ale już od dłuższego czasu gapił się na nich, nawet tego nie kryjąc i niczego nie zamawiał. Do tego wyglądał naprawdę dziwacznie w swych żółtych spodniach, srebrnych butach, czerwonej kurtce i niebieskiej chuście zawiązanej wokół szyi. Nawet ciężko było określić jego wiek. Miał siwe włosy i na pewno był starszy od Derksa, ale o ile? Tego nie dało się łatwo określić.
- Co to za jeden? - spytał Chen, nie kryjąc irytacji.
- Mój były współpracownik. Powiedziałbym nawet, że mentor.
- Czego może chcieć?
- Pewnie przekonać mnie, żebym wrócił do służby. Trochę ich ostatnio ignorowałem.
- No to powiedz mu, żeby spadał.
- Najpierw wolałbym go wysłuchać. Możliwe, że ma jakieś informacje na temat Lakshmee – zauważył Derks i wstał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz