poniedziałek, 3 sierpnia 2015

ISET, tom I, rozdział IV

Rozdział IV - „Skafander”

Po przygodzie na Ikarze 1, bo tak nazwany został feralny księżyc, załoga otrzymała należyte wolne. Tym razem umieli ten czas odpowiednio wykorzystać, bo zdążyli się ze sobą zżyć i z przyjemnością oddawali się wspólnym rozrywkom. Nawet Hilda trochę się przemogła i coraz częściej była skłonna oderwać się od pracy. Czasami nawet zwykła gra w monopol w gronie przyjaciół potrafiła stłumić smutki płynące z doczesności. Nie można tu mówić o całkowitej przemianie, bo o pewnych sprawach nie da się tak po prostu zapomnieć, jednak Hilda była zdecydowanie o krok bliżej od osiągnięcia spokoju ducha.
Pozostali badacze również oswoili się ze sobą nawzajem, przez co traktowali się bardziej jak przyjaciół niż współpracowników. Ostatni dzień urlopu upływał im na rozmowach w kantynie przy butelce zimnego piwa.
- No i mówię wam, mam już wyższy level od Garetha – pochwalił się Chen, pogryzając orzeszki.
- Naprawdę nie interesują nas wasze osiągnięcia w grach komputerowych – westchnęła Hilda ze znudzeniem, podpierając się nad prawie pełną butelką piwa.
- Nie wierz mu – szepnął Gareth półżartem.
- Jakoś trzeba zabijać czas – powiedział Chen w odpowiedzi na stwierdzenie koleżanki. - Słyszałem, że doktor Suarez pokazał ci swoją kolekcję DVD.
- Co jeszcze ci pokazał? - rzucił major, na co Hilda posłała mu pełne irytacji spojrzenie. - Rany, ja to zawsze muszę palnąć jakąś gafę.
Gareth miał nadzieję, że kobieta się na niego nie obrazi. Z reguły najpierw mówił, potem myślał, przez co mogłoby się wydawać, że jest grubiański, ale on nie miał złych intencji. Na szczęście wyraz gniewu szybko znikł z twarzy Hildy i wyglądało na to, że nie wzięła słów majora za bardzo do siebie.
- Komuś jeszcze piwa? - spytała Joanna, podnosząc pustą butelkę.
- Ja poproszę – powiedział Gareth.
- Ja też – zawtórował Chen.
- Tobie już wystarczy. Azjaci mają słabe głowy – skomentował major, ponownie nie myśląc nad słowami.
Geolog już miał mówić, jak bardzo nie lubi stereotypów, ale się powstrzymał, bo tym razem zdał sobie sprawę, że jest sporo prawdy w tym, co stwierdził Gareth.
- Takiego amerykańskiego sikacza to nawet ja zdzierżę – powiedział. - Jedno małe jeszcze wypiję.
- A ty? - Joanna zwróciła się do Hildy.
- Ja jeszcze mam – odparła porucznik.
Polka zebrała puste butelki i udała się po nowe. Gdy podeszła do lady i oparła się o nią z nonszalancją oraz uśmiechem, Gareth zaczął jej się bacznie przyglądać.
- Wiecie co, ja myślę, że Aśka to lesba – szepnął do przyjaciół.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytała Hilda ze spokojem.
- No zobaczcie tylko, jak ona rozmawia z tą laską z obsługi. Za każdym razem się do niej mizdrzy – wytłumaczył oficer.
Pozostali przyjaciele nawet się nie odwrócili, by sprawdzić, czy mówi prawdę, bo średnio interesowały ich jego przemyślenia w tej materii.
- No i nie zareagowała na widok mojej nagiej klaty – dodał jeszcze.
- Ja też nie reaguję na widok twojej nagiej klaty, a zapewniam, że jestem hetero – stwierdziła Hilda z lekkim rozbawieniem.
- A ja nie zaglądam współpracownikom do łóżka – rzucił Chen.
- Ojejku, nie miałem na myśli nic złego – wytłumaczył się major.
Czasem nawet po małej ilości piwa za bardzo rozwiązywał mu się język. Na szczęście znał umiar. Poza tym zobaczył, że Joanna wraca.
- Obgadywaliście mnie? - spytała z rozbawieniem uczona, gdy zauważyła, że wszyscy zamilkli, kiedy podeszła do stołu.
- Major próbował cię obgadywać – stwierdziła Hilda z przekorą, choć jak zwykle bardzo spokojnym głosem. Teraz przynajmniej wyrównała rachunki z Garethem.
Ten popatrzył na nią lekko speszony, jednak z wyrazem uznania dla godnego przeciwnika. Postanowił zmienić temat.
- Co z analizą danych z komputera? Udało się coś rozszyfrować? - spytał, przypominając o tajemniczym pliku, który został pobrany z komputera pokładowego statku.
- Informatycy wciąż nad tym pracują – wyjaśniła Joanna. - Twierdzą, że to coś w rodzaju tutorialu. Jakby zbiór komend i instrukcji.
- To bardzo ciekawe – Chen oparł brodę o splecione dłonie. - Może wreszcie uda nam się lepiej poznać możliwości statku.
- O tak, nie mogę się doczekać, kiedy znajdziemy jakiś tropikalny raj – skomentował Gareth żartobliwie.
- Na razie musimy się skoncentrować na bardziej podstawowych zadaniach. Już niedługo poznacie mój nowy projekt. – Joanna popatrzyła na kolegów tajemniczo.


Statek wreszcie doczekał się oficjalnej nazwy. Ochrzczono go imieniem „Odyseja”, nie tyle czyniąc ukłon w stronę greckiej mitologii, co w kierunku dzieła Artura C. Clarka oraz filmu Stanleya Kubrica. Być może nazwa zdawała się pospolita, ale na pewno dobrze dopasowana. Załoga w pełni ją zaakceptowała. Ostatnio, co prawda, nie podróżowali zbyt dużo, ale mieli wystarczająco materiału do pracy na Ziemi. Joanna zwołała nawet zebranie najmocniej zaangażowanych w projekt członków, aby przedstawić swoje dotychczasowe konkluzje.
- Niedawno postanowiłam zająć się kwestią skafandra – oznajmiła. - Oczywiście przeprowadzono na nim już wiele badań, ale myślę, że nie odkryto jeszcze w pełni jego możliwości. Mam podstawy przypuszczać, że ów skafander powinno się zakładać na gołe ciało.
Stwierdzenie Joanny sprawiło, że profesor Price szeroko otworzył oczy. Gareth również się ożywił, ale w jego przypadku było to raczej wynikiem rozbawienia. Popatrzył na kobietę z komicznym wyrazem twarzy.
- A czemuż to? - spytał profesor.
- Bo jest tak zaprojektowany, żeby dopasować się do każdego ciała i stać się swego rodzaju drugą skórą – wyjaśniła Joanna. - Dobrze, może to brzmi nieco głupio, ale zauważcie, że w tym skafandrze nie można przebywać zbyt długo. Chodzi mi o to, że zwykły ziemski skafander jest przystosowany do uzupełniania płynów, wydalania ich itp. W przypadku tego skafandra musi zachodzić swego rodzaju symbioza z ciałem, coś jak obieg zamknięty. Skafander wyręcza nas w pewnych czynnościach organizmu i czerpie energię z naszego ciała. Jego budowa by to umożliwiała.
- Jaki mamy na to dowód? - Profesor splótł dłonie i popatrzył na uczoną sceptycznie.
- No cóż, musielibyśmy to sprawdzić doświadczalnie – przyznała Joanna z wahaniem.
- I jest pani pewna, że to w stu procentach bezpieczne?
- Skoro jest to bezpieczne w ubraniu, nielogiczne by było, gdyby bez ubrania stało się nagle niebezpieczne.
- Pamiętajmy, że obcy mogą mieć inną fizjologię od nas – zauważyła Hilda.
- Nie aż tak, by miało to znaczenie. Do tej pory ich technologie sprawdzały się dla nas doskonale. A nawet jeśli moje przypuszczenia są błędne i skafander nie spełni swej roli, to po prostu się go zdejmie. Nie musimy go testować na obcej planecie. Tutaj na Antarktydzie mamy warunki wystarczająco ciężkie, ale nie tak ekstremalne, by miały spowodować nagłą śmierć, więc nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie powinno być powodu do paniki.
- Zgłaszam się na ochotnika! - Gareth od razu uniósł rękę.
- Myślałam raczej o sobie – przyznała nieskromnie Joanna.
- To ja zadecyduję, kto weźmie udział w eksperymencie – oznajmił beznamiętnie profesor i wstał.
Nie podjął od razu decyzji. Kazał się wszystkim rozejść i wrócić do swoich obowiązków. Trudno było mu się dziwić. Spoczywała na nim wielka odpowiedzialność i musiał dokładnie przeanalizować argumenty za i przeciw. Do wszystkiego na początku podchodził sceptycznie, ale Joanna miała dar przekonywania i do tego jej ufał. Po kilku godzinach skontaktował się z nią i oznajmił, że rozpatruje pomysł pozytywnie. Jednak na bezpośredniego uczestnika eksperymentu wyznaczył osobę spoza drużyny Garetha, byłego astronautę nazwiskiem Hudson.
Zachowano wszelkie środki ostrożności. Kiedy tylko mężczyzna nałożył skafander, Hilda zaczęła monitorować jego funkcje życiowe. Profesor również wszystkiemu się przyglądał. Choć dowodził całym przedsięwzięciem, rzadko miał okazję znaleźć się na pokładzie Odysei.
- Jak się czujesz? - spytała Hilda astronautę.
Ponieważ skafander nie posiadał jednolitej powłoki, przepuszczał fale dźwiękowe i dało się przez niego rozmawiać bez użycia radia.
- W porządku. Bardzo w tym wygodnie. O niebo wygodniej niż w naszych skafandrach.
- Funkcje życiowe w normie – zwróciła się do profesora kobieta. - Proponuję, żeby pospacerował w tym na zewnątrz.
Peter przytaknął, zaś Hilda uruchomiła pole ochronne skafandra i poleciła astronaucie opuścić bazę.
- Jeśli poczujesz, że coś jest nie tak, mów od razu – dodała jeszcze. Tym razem przez komunikator, bo Hudson zdążył się oddalić.
Lekarka wróciła do swego gabinetu, gdzie dysponowała specjalistycznym sprzętem i mogła dokładniej monitorować organizm astronauty. Na ekranie widziała, jak szybko bije jego serce, ile wynosi temperatura jego ciała, a także wiele innych istotnych informacji. Czekał ją długi, żmudny wieczór, ale okazało się, że przyjaciele postanowili dotrzymać jej towarzystwa. Przynieśli nawet pizzę z kantyny i rozsiedli się koło koleżanki.
- Dzięki – powiedziała Hilda, częstując się.
- Co z nim? - Gareth chwycił wielki kawał pizzy.
- Na razie wszystko w normie, ale eksperyment wymaga czasu.
Badacze nie sądzili, że zadanie okaże się tak nużące. Nawet mając siebie nawzajem i opowiadając sobie kawały, powoli zaczynali mieć dosyć. Przywykli do niebezpiecznych wypraw i zaskakujących odkryć. Gapienie się w monitor i obserwowanie liczb w końcu zaczęło im się dawać we znaki. Jak na ironię, ten, któremu przypadło najciekawsze zadanie, również odczuwał coraz większe znudzenie.
- Ile jeszcze? Zrobiłem już chyba dwadzieścia spacerów w okolicy bazy. Chce mi się spać – oznajmił astronauta, co dało się słyszeć w głośnikach.
- Czy oprócz tego odczuwasz jakiś dyskomfort? Chce ci się jeść, pić albo do toalety? - spytała Hilda.
- Nie.
- Dobrze, możesz wrócić do bazy i się przespać, ale nie zdejmuj skafandra.
Nie tylko Hudson musiał się przespać. Hildzie również oczy się kleiły, więc drugą zmianę objął doktor Suarez. Zanosiło się na długi i męczący eksperyment. Następny dzień prawie niczym nie różnił się od poprzedniego. Lekarka na nowo zaczęła monitorować funkcje życiowe astronauty, a przyjaciele towarzyszyli jej, kiedy nie mieli własnych obowiązków. Teoria Joanny potwierdzała się. Badany zdawał się w skafandrze całkowicie samowystarczalny, a jego ciało nie obniżyło wydajności, ani nie wykazywało żadnych oznak odwodnienia. Po trzecim dniu, w którym dalej nie zaobserwowano żadnych zmian, profesor postanowił zakończyć eksperyment, a przynajmniej jego pierwszy etap. Zanim oficjalnie przedstawiono wyniki, Hudson został poddany kilkudniowej obserwacji, ale wyglądało na to, że w jego organizmie nie zaszły żadne trwałe zmiany. Nadszedł czas, żeby przejść do kolejnego etapu.
- Powinniśmy przetestować skafander w trudniejszych warunkach – zasugerowała Joanna podczas zebrania. - Oczywiście z zachowaniem wszystkich środków bezpieczeństwa.
- Myślałem nad tym. Jaki rodzaj środowiska ma pani na myśli? - spytał profesor.
- Wenus powinna być odpowiednim miejscem – odparła kobieta.
- To jest bardzo skrajne środowisko! - wtrącił Chen, pełen obaw.
- Fakt, to ryzykowne – przyznał profesor. - Jednak skafandry były już testowane w tych warunkach. Wiemy, że wytrzymają temperaturę i ciśnienie panujące na Wenus. Pozostaje pytanie, czy zdołają powstrzymać odwodnienie organizmu.
- Nie będę się zbytnio oddalać od statku, a Hilda będzie mnie cały czas monitorować. - Gdy Joanna wypowiedziała te słowa, zauważyła zaskoczone spojrzenia Garetha i profesora. Dopiero po chwili zorientowała się, skąd to zdziwienie. - Z całym szacunkiem, tym razem naprawdę uważam, że to ja powinnam wziąć udział w eksperymencie. Znam działanie skafandra najlepiej ze wszystkich. Jeśli coś by się nagle wydarzyło, mam największe szanse się z tym uporać.
Major otworzył usta, jakby chciał zabrać głos, ale chyba się nagle rozmyślił, bo chwilę później je zamknął. Po sekundzie otworzył je znowu i tym razem przemówił, ale jedynie zasugerował delikatnie, że wciąż zgłasza się na ochotnika. Niestety profesor nie przychylił się ku jego kandydaturze.
- Zgadzam się, proszę wdrożyć swój plan w życie – zwrócił się do Joanny.
Sądząc po minie, majorowi decyzja nie spodobała się ani trochę.


Aby dolecieć do Wenus załoga nie musiała nawet tworzyć tunelu w piątym wymiarze, wystarczyła prędkość podświetlna. Była to dla nich bez wątpienia najkrótsza podróż Odyseją. Nie czyniło to jednak tej misji mniej interesującą. Zwłaszcza Joanna zdawała się podekscytowana, w przeciwieństwie do Garetha, który wyglądał na nieco przygnębionego.
Statek wylądował w okolicy bieguna, co i tak nie robiło specjalnej różnicy, bo na całej planecie panowała temperatura bliska pięciuset stopni Celsjusza. Gdy tylko Odyseja osiadła na powierzchni, Joanna pobiegła założyć skafander.
- Potowarzyszyć ci? - rzucił major, nim kobieta opuściła pomieszczenie.
Joanna go zignorowała i wyszła, a Hilda przygotowała swój sprzęt. Gareth westchnął. Chciał tylko jak najszybciej wykonać zadanie i wrócić do bazy. Rzadko miewał takie podejście, ale tym razem czuł się potraktowany po macoszemu. Wziął laptopa, dzięki któremu oraz połączonej pracy informatyków i Joanny dało już się obsługiwać część systemów statku.
- Jestem gotowa – usłyszał w słuchawce głos kobiety.
- Opuszczam osłony – powiedział beznamiętnie i wystukał komendę na komputerze.
- Jestem na zewnątrz – padła parę sekund później odpowiedź.
- Włączam z powrotem osłony.
Na razie wszystko przebiegało dość zgrabnie. Niestety teraz nadszedł czas na tą żmudniejszą część eksperymentu. Co prawda Gareth wziął karty, ale nie miał specjalnej ochoty grać. Zresztą tym razem zadanie wymagało nieco większej czujności, niż monitorowanie astronauty na Antarktydzie.
- Profesor chyba na nią leci – stwierdził major, rozciągając się na fotelu.
- Na Aśkę? - zdziwił się Chen.
- No na pewno nie na mnie – odparł z sarkazmem Gareth.
- Chodzi ci o to, że jej łatwo ulega? Myślę, że dziewczyna ma po prostu sporą charyzmę. No i myślę, że uczony prędzej zaufa drugiemu uczonemu niż wojskowemu – zauważyła Hilda.
- Masz szczęście, że jesteś jednym i drugim – rzucił jeszcze major beznamiętnie.
Joanna nie słyszała rozmowy, nie zwróciła nawet uwagi na chwilowe rozłączenie, bo była bardziej pochłonięta widokiem miejsca, w którym się znalazła. Kojarzyło jej się trochę z wielkimi połaciami zastygłej lawy na Islandii, tylko że tutaj było bardziej mrocznie i niegościnnie. Czerń pofałdowanych wulkanicznych skał i brunatna mgła sprawiały, że uczona musiała uruchomić znajdującą się na nadgarstku latarkę, bo z trudem dało się stwierdzić, że jest dzień, a nie wieczór. Bardzo długi dzień, który miał jeszcze trwać sto dwadzieścia sześć ziemskich dób. Krótko mówiąc, właśnie miało miejsce wczesne popołudnie, a Joanna już teraz wiedziała, że jej pobyt na planecie będzie daleki od relaksującego spaceru.


Gareth ziewał, Chen również, zaś Hilda przyglądała się odczytom na swoim tablecie. Minęło kilka godzin, odkąd Joanna opuściła pokład, i jak na razie wszystko pozostawało bez zmian. Skafander zdawał się doskonale spełniać swoją funkcję.
- Proszę o pozwolenie na zejście na powierzchnię – odezwał się nagle Azjata, co pozostałych wyrwało z niemalże transu.
- Słucham? - zdziwił się major.
- Jestem geologiem, na statku na nic się nie przydam. Skoro już tu jesteśmy, to może chociaż bym się przyjrzał tutejszym skałom? – wytłumaczył Chen.
Gareth spojrzał na Hildę, jakby szukając akceptacji w jej oczach, choć to do niego należała decyzja.
- Jak na razie skafander się sprawdza. Nie widzę problemu – przyznała lekarka.
- W porządku, możesz iść, tylko się zbytnio nie oddalaj – zezwolił major.
Dla Chena wyjście na powierzchnię Wenus było równie ekscytującym doświadczeniem co dla Joanny. Badał już wcześniej aktywne wulkanicznie miejsca, ale żadne z nich nie wyglądało równie upiornie, co ta, otulona żrącą atmosferą planeta. Czuł niepokój, ale też radość z faktu, że może się przyjrzeć terenom tak bliskim, a jednocześnie tak odległym Ziemi. Przez gęstą mgłę ujrzał światło latarki Joanny, więc udał się w tym kierunku. Kobieta słyszała przez radio rozmowę kolegów i spodziewała się towarzystwa, więc specjalnie zwróciła strumień światła w stronę Chena, by mógł ją z łatwością odnaleźć.
- A taki byłeś początkowo przeciwny mojemu pomysłowi – zauważyła Joanna, wciąż przez radio, gdy mężczyzna się zbliżył.
- Ale widzę, że miałaś rację – przyznał geolog.
- Dobrze, trochę mi się tu samej nudziło. Dla mnie nie ma tu zbyt wielu ciekawych rzeczy do roboty.
- A dla mnie wprost przeciwnie. I wiesz, co jest najgorsze? Nawet nie mogłem wziąć ze sobą narzędzi, bo by się stopiły.
- Skafander wyposażony jest w skaner. Pokażę ci, jak go używać.
Podczas gdy Chen i Joanna przyglądali się skałom na planecie, Gareth umierał z nudów. Próbował zabić czas, ćwicząc połykanie wyrzuconych w powietrze orzeszków. Przez pierwsze pół godziny słabo mu szło, ale obecnie wychodziło mu już w dwóch trzecich przypadków. Nie zwracał uwagi na Hildę, która się trochę zaniepokoiła.
- Akcja serca ci przyspieszyła, wszystko w porządku? - zwróciła się do Joanny przez radio.
- Właściwie tak, ale zrobiło się trochę ciepło w tym skafandrze – przyznała Polka.
- W takim razie wracajcie na pokład – poleciła porucznik.
- To nic takiego. Jak na razie pole siłowe skafandra jest stabilne.
- Jeśli widzę jakieś zagrożenie dla zdrowia, ja wydaję rozkazy. Proszę wracać na pokład. - Tym razem Hilda była bardzo stanowcza.
- Przyjęłam.
Obaj naukowcy stanęli naprzeciw włazu do statku, czekając, aż się otworzy. To jednak nie następowało. Nie doszło do zerwania łączności radiowej, uczeni powiedzieli, że są gotowi powrócić na pokład, a otwarcie włazu zajmowało sekundę. Fakt, że to nie nastąpiło, bardzo ich zdziwił i zaniepokoił.
- Wszystko w porządku, majorze? - spytała Joanna.
- No właśnie, nie mogę wyłączyć osłon. Pisze mi komunikat, że możliwość wyłączenia pola siłowego została zablokowana, bo doszłoby do uszkodzenia poszycia statku – wyjaśnił Gareth.
- Wpisz: „rozwiąż problem” - poleciła Joanna, zachowując spokój.
Po chwili ponownie usłyszała głos majora.
- „Należy odwrócić polaryzację poła siłowego” - nie rozumiem tego naukowego bełkotu.
- Uf, poczekaj, daj mi chwilę...
Joanna również znalazła się w kropce, bo nigdy wcześniej nie konfigurowała osłon. Wystarczało je tylko włączać i wyłączać. Gdyby znajdowała się na pokładzie i miała do dyspozycji odpowiednią ilość czasu, pewnie rozgryzłaby, o co chodzi, ale teraz po pierwsze nie znajdowała się na pokładzie, a po drugie zostało jej mniej czasu, niż sądziła, bo temperatura w jej skafandrze znacznie wzrosła. Sprawdziła pole siłowe skafandra. Działało na pełnej mocy, a to oznaczało jedno: skafander nie miał w tych warunkach wystarczająco energii, by przez długi czas zapewnić zarówno odpowiednią ochronę, jak i podtrzymać wszystkie funkcje organizmu. Hilda miała rację, musieli wrócić na pokład. Chen wyciągnął rękę, jakby chcąc dotknąć pola siłowego i jego dłoń rzeczywiście natrafiła na wyraźny opór.
- Spróbuj wpisywać różne komendy, typu: „obejście problemu”, „alternatywne rozwiązanie”. Może komputer coś podpowie – powiedziała Joanna z nadzieją, że Gareth jakoś sobie poradzi. - W ogóle to jest bez sensu. Przecież już tu wcześniej lądowali. Czemu wtedy nic się nie stało?
- Może dlatego, że wtedy opuszczano pokład jednorazowo i statek nie zdążył się nagrzać? - zasugerował major.
- Zaraz... Czyli to przez to... że ja wyszedłem? - wydukał Chen.
- To nie twoja wina – stęknęła Joanna.
Usiadła. Czuła się jak na Saharze w samo południe, po dwugodzinnym maratonie. Skafander nie był już w stanie zapewnić jej ciału potrzebnej energii, tylko ją z siebie wysysał, aby umożliwić utrzymanie osłon. Chen schylił się nad koleżanką i położył jej rękę na ramieniu, licząc, że chociaż doda jej otuchy.
- Jak się czujesz? - spytał.
- Ujdzie...
Joanna skłamała, bo zdawała sobie sprawę, że osiąga dość niebezpieczny stan.
- Nic z tego – dało się po jakimś czasie słyszeć głos Garetha.
- Zostaw laptopa i spróbuj skorzystać bezpośrednio z konsoli. Może uda się ten sam trik, co na Ikarze... wyjmij dwie pierwsze płytki... - wydyszała Joanna.
Na szczęście major dokładnie pamiętał w jaki sposób kobieta „ogłupiła” statek, bo dokładnie się wtedy przyglądał jej poczynaniom. Dlatego powtórzył jej kroki najszybciej, jak tylko się dało, ale zamiast zrozumiałej dla niego podpowiedzi, na hologramie ujrzał tylko symbole, które nic mu nie mówiły. Możliwe, że Joanna coś by z nich wywnioskowała, ale on nie miał na to żadnych szans.
- Aśka zemdlała – oznajmił z przerażeniem Chen.
Dzięki Hildzie wiedzieli przynajmniej, że ich koleżanka żyje, ale ten stan rzeczy mógł się wkrótce zmienić. Gareth zacisnął pięści i zaklął, bo jeszcze nigdy nie czuł się tak bezradny. To on był dowódcą, on ponosił odpowiedzialność za cały zespół, i to przede wszystkim on powinien wyciągać przyjaciół z opresji. Nie znał się aż tak na sprawach naukowych, nie mógł rozwiązać problemu w taki sposób, w jaki zrobiłaby to Joanna, ale musiał istnieć jakiś inny.
Nagle wstał i wyszedł bez słowa. Hilda otworzyła usta, ale nie zdążyła spytać, co jej dowódca planuje, bo jego szybkie działanie za bardzo ją zaskoczyło. Kiedy Gareth wrócił, zauważyła, że ma on na sobie skafander i trzyma w rękach karabin.
- Nie mam czasu na wyjaśnienia – oznajmił stanowczo mężczyzna, następnie wstukał coś na laptopie. - Jak ci dam sygnał, to wciśnij enter, uruchomi się zasilanie awaryjne. A taką mam przynajmniej nadzieję, że się uruchomi. Miej też w pogotowiu apteczkę.
- Tak jest – powiedziała Hilda ze strachem w głosie, gdyż nie wiedziała, do czego major może być zdolny.
Gareth wszedł do luku i nacisnął fragment ściany znajdujący się po lewej stronie od włazu. Wtedy wysunął się panel wypełniony maszynerią. Co prawda major nie był ekspertem, jeśli chodziło o budowę statku, ale przynajmniej wiedział, gdzie znajdują się podzespoły odpowiedzialne za konkretne funkcje, a to w obecnej sytuacji mogło ocalić życie.
- Chen, weź Aśkę i ustaw się tuż przy włazie – rozkazał oficer. - Nie będziecie mieć zbyt wiele czasu.
- Tak jest.
Nadszedł moment decydujący o życiu i śmierci. Gareth wziął głęboki wdech, przeżegnał się i strzelił krótką serią w wysuniętą maszynerię. Zaiskrzyło i po chwili uruchomił się alarm, który akurat tym razem oznaczał coś dobrego. Major natychmiast otworzył właz, a Chen wszedł do środka, trzymając Joannę na rękach. Liczyła się każda sekunda. Gdy tylko Gareth zamknął właz, skontaktował się Hildą.
- Wciskaj!
Musiało się udać, bo po chwili alarm się wyłączył, ale było jeszcze za wcześnie na radość. Chen wiedział, że musi jak najszybciej zdjąć z koleżanki skafander, więc zszedł na niższy pokład, zaś Gareth wbiegł na mostek.
- Idź się zająć Aśką. Ja nas stąd zabiorę – powiedział, siadając za sterami.
Po usunięciu skafandra Joanna nie odzyskała przytomności. Kiedy komora się otworzyła, Chen musiał pochwycić bezwładne ciało koleżanki. Nie przejmował się jej nagością, bo był zbyt zdenerwowany, by zwracać na to uwagę. Ułożył ją na podłodze, wyczekując Hildy. Ta przyszła szybko. Uklękła obok poszkodowanej i otworzyła torbę. Szybko sprawdziła podstawowe funkcje życiowe koleżanki i z ulgą stwierdziła, że jej stan się stabilizuje. Okryła ją folią termiczną, aby schłodzić jej ciało, i przygotowała kroplówkę.
- Będziemy na Ziemi za jakieś dwadzieścia minut – oznajmił major, wchodząc do pomieszczenia. - Co z Aśką?
- W porządku... - odpowiedziała sama Joanna.
Wszyscy popatrzyli na nią zaskoczeni. Wyglądała na wycieńczoną, ale zdawała się w pełni przytomna. Zdobyła się nawet na wymuszony uśmiech.
- Dziękuję... - stęknęła. - I przepraszam... Powinnam była zostać... Mój błąd...
- Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało – powiedział ze spokojem Gareth.
Pozostali spoglądali na niego z podziwem. Major wiedział, że profesor może nie podzielać tego podziwu, gdy zobaczy uszkodzenia, ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że oficer postąpił słusznie. On jednak nie był z siebie w pełni zadowolony. Musiał lepiej poznać Odyseję od strony technicznej, i takie zadanie sobie postawił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz