poniedziałek, 10 sierpnia 2015

ISET, tom I, rozdział XII

Rozdział XII - „Poziom 2”

Widok sali, w której ostatnim razem zadano mu ból, wywołał w majorze same nieprzyjemne skojarzenia. Na dodatek Gareth miał teraz podwójne zmartwienie, bo towarzyszyła mu Joanna, a nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się stało. Kobieta wyglądała na przerażoną, i nic dziwnego. Klęczeli przed okrutnym królem, otoczeni przez jego ludzi.
- Wyglądacie znajomo – powiedział władca z udawanym zaskoczeniem. - Chyba już tu kiedyś byliście.
- Niemożliwe. Zapamiętalibyśmy tak zacne miejsce i zacnego gospodarza – rzekł Gareth szyderczo.
- Przyłóżcie mu raz a dobrze – zwrócił się król do swego przybocznego.
Major otrzymał bolesny cios w twarz, ale na szczęście nie stracił przy tym żadnego zęba.
- Ostatnim razem się wycwaniliście, ale drugi raz wam się nie uda – oznajmił złowieszczo Gildor. Brakowało tylko, by zaczął maniakalnie się śmiać. - Nie wiem, jakie relacje łączą cię z tą kobietą, ale skoro spotykam was ponownie razem, zakładam, że jej los nie jest ci obojętny.
Gareth zmarszczył brwi. Przeczuwał, że król będzie chciał skrzywdzić Joannę, by zmusić go do mówienia, i najbardziej się tego obawiał.
- Zrobimy tak: jak powiecie mi wszystko, co chcę wiedzieć, puszczę was wolno – ciągnął Gildor. - Zaś jeśli będziecie milczeć, oddam kobietę moim ludziom, a tobie każę patrzeć. Jak ją zerżnie dwudziestu, to albo ona się wygada, albo ty.
Major spojrzał na Joannę. Była sparaliżowana strachem. W jego przypadku dominowało teraz uczucie wściekłości. Istniał milion rzeczy, które miał ochotę zrobić nikczemnemu władcy, ale musiały zaczekać. W tej chwili dobro Joanny było dla niego priorytetem. Co prawda dowódca nie powinien zdradzać wrogowi swoich planów, ale nie powinien też wystawiać podwładnych na hańbę i cierpienie. Nie mówiąc już o tym, że Joanna była dla niego kimś więcej niż zwykłym pracownikiem.
- W porządku... powiem ci wszystko, ale najpierw puść ją wolno – rzekł stanowczo.
- Po to, żeby zdążyła zawiadomić waszych koleżków? Nie sądzę. Gadaj!
Joanna była zbyt przerażona by cokolwiek powiedzieć, zaś Gareth widział, że król zaczyna się niecierpliwić.
- Ale wypuścisz ją potem? - upewnił się major.
- Masz moje słowo.
Kiepska to była gwarancja zdaniem Garetha, ale cóż mu pozostało?
- W porządku... - westchnął. - Powiem...
Joanna spojrzała na niego wielkimi oczami, jakby nie do końca wierzyła, że Gareth zaryzykował powodzenie całej misji, by ją chronić.
Major odpowiedział na każde pytanie króla, zdradzając plany ataku na zamek, nic jednak nie powiedział na temat broni palnej.
- Doskonale. Zaraz wyślę oddział do tej waszej wioseczki – rzekł uradowany król i zatarł ręce. - Wrzucić ich do jamy!
Więźniom krew odpłynęła z twarzy, gdy to usłyszeli, choć nie do końca wiedzieli, o jaką jamę może chodzić.
- Mówiłeś, że puścisz nas wolno! - zaprotestował major z wściekłością.
- I ty w to uwierzyłeś? - Tym razem król zaśmiał się diabolicznie.
Pojmani nie mieli zbyt wielkich szans na ucieczkę, mimo że szarpali się ze wszystkich sił, gdy strażnicy wyprowadzali ich z sali. Wkrótce znaleźli się w kolejnej i zauważyli, że w podłodze jest wielka dziura. Gareth nawet nie zdążył zareagować, gdy został ciśnięty w otchłań. Obrażeń udało mu się uniknąć tylko dzięki wojskowemu przygotowaniu, bo upadek z prawie czterech metrów mógł się zakończyć kiepsko. Joanna pisnęła, kiedy została pchnięta w otchłań, ale major zdołał ją pochwycić i zamortyzować jej upadek.
- Nic ci się nie stało? - spytał Gareth, pomagając jej wstać.
Kobieta zaprzeczyła ruchem głowy i usiadła pod ścianą. Nogi przysunęła blisko klatki piersiowej i zrobiła minę jak dziecko, które się zgubiło. Major zajął miejsce przy niej i otoczył ją ramieniem, a Joanna odruchowo oparła sobie o nie głowę. Mężczyzna rozejrzał się i zauważył, że loch, w którym się znaleźli, nie ma nawet odpływu, którym można by uciec, zaś jedyne źródło światła stanowił mały otwór w ścianie. Ucieczka raczej nie wchodziła w grę. Nawet gdyby Joanna stanęła Garethowi na ramionach i próbowałby ją podrzucić, nie było szans, by zdołała dosięgnąć krawędzi.
- Nie wydostaniemy się stąd, prawda? - rzekła beznamiętnie kobieta.
- Przyjaciele nas nie zostawią w tarapatach, nie martw się – zapewnił major.
- Pod warunkiem, że sami wybrną z tarapatów.
- Hilda wie, że jeśli nie wrócimy do dwóch godzin, ma przejąć dowodzenie i zmobilizować wszystkie siły.
- A jeśli nie zdąży?
- Zdąży – z tymi słowy Gareth pocałował Joannę w czubek głowy.


Hilda spojrzała przed siebie, licząc, że zaraz dojrzy wracających przyjaciół, ale gdy tak się nie stało, nerwowo spojrzała na zegarek i weszła do chaty.
- Minęły dwie godziny. Szykujcie te swoje fajerwerki – rzuciła do Abza i Chena.
- Może jednak jeszcze trochę zaczekamy? - zasugerował geolog.
- Nie będziemy czekać. Rozkaz to rozkaz – powiedziała stanowczo lekarka.
Nawet jeśli mogła mieć do czynienia z fałszywym alarmem, wiedziała, że musi działać tak, jakby chodziło o realne zagrożenie, więc nie traciła czasu. Bezzwłocznie poinformowała wodza o swoich planach.
- Za dziesięć minut każda zdolna do walki osoba ma być uzbrojona w cokolwiek – oznajmiła.
Rozkazy zostały szybko przekazane i miejscowa ludność zaczęła masowo wyciągać miecze, łuki i topory ze swoich skrytek. Załoga Odysei z przygotowanymi koktajlami Mołotowa udała się pod bramy miasteczka, gdzie strażnicy wypatrywali wrogich wojsk. Cała wioska oczekiwała w ciszy na dalsze rozkazy. Czas się dłużył, ale wszyscy wykazali się cierpliwością i nie zmienili swoich pozycji, póki strażnik nie wypatrzył nadchodzącego zagrożenia.
- Jest ich przynajmniej kilkadziesiąt – krzyknął.
Hilda nawet nie musiała mówić, co należy zrobić, bo każdy doskonale wiedział, jakie zadanie ma do wykonania. Wystarczyło, że spojrzała na przyjaciół porozumiewawczo.
Brama do miasta nie była zbyt wytrzymała i gdy tylko uderzył w nią taran, przyjaciele wiedzieli, że nie mają wiele czasu. Plan jednak to zakładał, więc zachowali zimną krew. Najpierw poleciało kilka koktajli Mołotowa, co już osłabiło siły przeciwnika. Wrzaski wroga nie zrobiły specjalnego wrażenia na badaczach. Działali w sposób spokojny, wręcz pozbawiony emocji, skupiając się jedynie na osiągnięciu celu. Po chwili łucznicy wystrzelili salwę. Przeciwnik uczynił to samo i kilku wieśniaków odniosło rany. Co prawda na razie obyło się bez ofiar, ale niektóre osoby wpadły w popłoch. Hilda nawet nie chciała słyszeć o tchórzostwie i surowo przypominała wszystkim o obowiązkach.
Gdy wiadomo już było, że za kilka uderzeń brama ustąpi, nastąpiła szybka zmiana pozycji. Wrogowie nie mieli zielonego pojęcia, co ich czeka, gdy wpadną do środka. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzeli po przekroczeniu granicy wioski, była armata wycelowana prosto w nich. Kilku zamarło na sam jej widok, bo nie rozumieli nawet do czego służy. Paru innych próbowało uciekać, ale nie zdążyli. Bam! - rozległ się huk i kula utworzyła wyrwę we wrogim wojsku. Dobicie reszty rycerzy nie stanowiło problemu. Otaczali ich uzbrojeni wieśniacy, a naprzeciwko stała Hilda z łukiem, Chen uzbrojony w kuszę i Abz ze swą nową strzelbą.


Loch był zimny, ale anahibiańska technika przetrwania i wzajemna bliskość pomagały. Gareth i Joanna trwali w niezmienionej pozycji pod ścianą, czekając na ratunek, który mógł nigdy nie nadejść. Razem było łatwiej, bo mieli przynajmniej do kogo się odezwać.
- Nie boli cię to? - spytała nagle kobieta.
- Co?
- Że nie możesz nic zrobić, tylko czekać, aż ktoś uratuje ci tyłek.
- Tak to już jest w tym zawodzie. Raz ty ratujesz komuś tyłek, raz ktoś inny tobie – odparł ze spokojem Gareth.
Oboje zamilkli. Czasami w sytuacji, w której rozmowa wydaje się najlepszym rozwiązaniem, zaczyna brakować słów.
- Myślisz, że możemy tu umrzeć? - szepnęła niespodziewanie Joanna.
- E tam... – Gareth jak zwykle zachowywał pogodę ducha.
- A co jeśli...
- Wtedy powinnaś powiedzieć, że to był zaszczyt pode mną służyć.
Mimo ponurego nastroju Joanna prawie wybuchnęła śmiechem.
- W jakim sensie pod tobą? - spytała z rozbawieniem i zauważyła, że Gareth również głupio się uśmiecha. Jednak po chwili kobieta spoważniała. - To był prawdziwy zaszczyt pod panem służyć, majorze – powiedziała, bynajmniej nie na żarty, i wlepiła wzrok w oczy mężczyzny. Wtedy usłyszeli huk wystrzału.
Tylko ich przyjaciele posiadali broń palną, więc nadzieje zostały rozbudzone. Zwłaszcza że na jednym huku się nie skończyło i wszystko wskazywało na to, że rozpoczęła się bitwa. By mieć większe pojęcie na temat tego, co się dzieje, Gareth podsadził Joannę, by mogła spojrzeć przez małe okienko. Nie dawało ono zbyt wielkiego pola widzenia, ale wystarczyło, by stwierdzić, że trwają walki. Kobieta obserwowała z zapartym tchem, szukając znajomych twarzy. Gdy przed oczami mignął jej Abz, zaczęła krzyczeć.
- Hej! Tu jesteśmy! Tu jesteśmy! - wołała z całych sił, aż mężczyzna spojrzał w jej stronę.
Kiedy Joanna usiadła obok Garetha, była niezwykle szczęśliwa, że ratunek nadchodzi, ale nie mogła mieć gwarancji, że jej przyjaciele poradzą sobie z siłami wroga. Znowu pozostawało im czekać, tym razem w jeszcze większych nerwach niż poprzednio. Załoga miała sporą przewagę ze względu na środki wybuchowe, ale to nie znaczyło, że nie grozi jej niebezpieczeństwo.
Nie wiedzieli, jak długo czekali, ale na pewno było to znacznie więcej niż kilka minut. Jednak gdy wreszcie usłyszeli wystrzał tuż nad głowami, a potem ujrzeli Abza nad krawędzią otchłani, ich szczęście było nieopisane.
- Zaraz was stąd wyciągnę – powiedział Anahibianin, po czym obwiązał się fragmentem liny, a pozostałą część zrzucił do lochu.
Była to dość ryzykowna operacja, bo Abz raczej nie ważył więcej od Garetha. Musiał się położyć i zaprzeć z całych sił, by utrzymać ciężar mężczyzny. Na szczęście wojskowy miał wprawę we wchodzeniu po linie, więc poszło mu szybko i sprawnie. Gdy obaj znajdowali już się u góry, mogli bez problemu wciągnąć Joannę. Kiedy wyszła, w pierwszej kolejności rzuciła się Abzowi na szyję, dziękując mu za ratunek.
- Jednak jesteś bohaterem – szepnęła i spojrzała na martwego strażnika, któremu albinos zrobił dziurę w klatce przy pomocy strzelby. Teraz już nawet ten widok jej nie brzydził.
- Urocze. Może powinienem dać wam trochę czasu na pożegnanie się ze sobą? - usłyszeli głos i zauważyli, że w przejściu stoi król.
Miał na sobie czarną zbroję z fantazyjnymi ornamentami, a w ręce trzymał zbroczony krwią miecz.
- Kobietę zabiję na końcu. Dam jej odrobinę szczęścia przed śmiercią – zaśmiał się i wszedł do komnaty.
Ponowne naładowanie strzelby zajęłoby zbyt wiele czasu, więc Abz wyjął zza pasa nóż i rzucił nim w złego władcę. Trafiłby prosto w gardło, gdyby król nie odbił ostrza swoim mieczem.
- Dobry jesteś, ale to za mało – powiedział władca i coraz bardziej zbliżał się do badaczy.
Gareth od razu zareagował. Zabrał miecz martwemu strażnikowi i zasłonił swoich przyjaciół.
- Lepiej się odsuńcie – powiedział, skupiając całą uwagę na zbliżającym się przeciwniku.
Nie było miejsca na wahanie. Gareth pewnie zbliżył się do przeciwnika i gdy ten przeszedł do ataku, zablokował jego cios. Następnie sam spróbował zadać kolejny. Oponent nie miał żadnego problemu z osłonięciem się, ale majora to nie zniechęciło. Zamachnął się znowu. Król bez problemu odbijał jego cięcia, jakby bawiąc się z przeciwnikiem. Gareth zdenerwował się i zaatakował brutalniej. Jednak stawiając na siłę, zapomniał o koncentracji. Przeciwnik to wykorzystał. Zrobił unik, a przez to, że major nabrał rozpędu szybko znalazł się za nim i przejechał mu ostrzem po plecach. Joanna i Abz na chwilę wstrzymali oddech, ale rana nie okazała się głęboka, bo nie powstrzymała Garetha ani na chwilę. Dostał nauczkę za swe pochopne działanie i tym razem spojrzał na wroga w pełnym skupieniu. Pozwolił królowi zaatakować, ale tym razem nie zablokował ciosu. Wykonał unik. Mniej więcej w tym samym czasie przejechał mieczem po zbroi przeciwnika, zahaczając o jego pachę. Nie zadał mu tym poważnych obrażeń, ale na chwilę go spowolnił. Ciął dalej, szybciej niż poprzednio, ale w sposób w pełni wyważony. Oponent z trudem wykonał blok, a kolejny atak przyszedł jeszcze szybciej. Tym razem Gareth przejechał mu ostrzem po palcach. Władca wypuścił z dłoni broń. Major zamachnął się po raz ostatni. Odcięta głowa upadła na posadzkę. Joanna na chwilę odwróciła wzrok, zaś Abz rozdziawił usta, nie do końca wierząc własnym oczom. I nie chodziło o brutalność Garetha, tylko o jego niesamowite umiejętności.
- Chodźmy to zakończyć – powiedział major, chwytając głowę złego władcy.
Wyszedł na balkon, z którego miał widok na dziedziniec. Walki wciąż trwały, a niedobitki sił króla przegrywały z wieśniakami i załogą Odysei. Gareth uniósł głowę w iście filmowym stylu i przemówił.
- Wasz król nie żyje! Poddajcie się, a wasze życie zostanie oszczędzone!
Gdyby nie pulsująca w żyłach adrenalina, pewnie zaśmiałby się na dźwięk własnych słów. Inni potraktowali je całkiem poważnie i wznieśli okrzyk triumfu.


Wszystko zakończyło się jak w hollywoodzkim filmie. Nowym królem został wódz wioski i mianował podróżników na rycerzy. Potem odbyła się uczta, podczas której załoga Odysei mogła zregenerować siły. Na szczęście obyło się bez poważniejszych ran. Jednak nowe tytuły na niewiele się przydały, bo nagle symulacja dobiegła końca, a badacze znaleźli się w tej samej jaskini, w której zaczęła się ich przygoda. Choć na razie nie można było mówić o powrocie do domu, to i tak uradowani zaczęli ściskać się nawzajem. Na podeście pojawił się znajomy im już hologram. Przyglądali mu się z uśmiechem, oczekując jakiejś mowy pożegnalnej.
- Moje gratulacje, udało wam się ukończyć pierwszą symulację. Zaraz zostaniecie przeniesieni do drugiej.
Cała radość prysła, pozostawiając wściekłość i niedowierzanie.
- Jak to do drugiej?! Co to ma znaczyć?! Co to ma znaczyć?! - Garethowi puściły nerwy i zaczął wrzeszczeć.
- Przecież wykonaliśmy zadanie! - krzyknęła wzburzona Joanna.
- Wasze szkolenie nie dobiegło końca. Weźcie swój ekwipunek. Zaraz zostaniecie przeniesieni do bardziej zaawansowanej symulacji – wytłumaczył spokojnie hologram, a przy nogach każdego z badaczy pojawiło się tajemnicze zawiniątko.
- Bardziej zaawansowanej czyli trudniejszej czy bardziej realistycznej? - spytał przezornie Chen, ale nie otrzymał odpowiedzi.
- Niech nikt nic nie rusza! Musimy się stąd wydostać raz na zawsze! - rozkazał major. - Obejrzycie jeszcze raz ten podest – zwrócił się do Joanny i Abza.
Naukowcy wątpili, by udało im się cokolwiek odkryć, ale wykonali polecenie. Po raz kolejny przeczesali każdy skrawek sali, ale znaleźli tyle co poprzednio, czyli nic. Próbowali też zadawać hologramowi różne pytania,
rzucać hasłami, które, mieli nadzieję, mogłyby odblokować więcej informacji, ale za każdym razem słyszeli tylko, żeby wzięli swój ekwipunek. W ten sposób minęło kilka godzin. W końcu Abz dał za wygraną i podniósł swoje zawiniątko.
- Zaczekaj, co jeśli ten program jest zepsuty i symulacje się nigdy nie skończą? - Joanna próbowała powstrzymać kolegę.
- Tam przynajmniej można przetrwać. Tu nie mamy nawet wody i jedzenia – powiedział Anahibianin i rozpakował swój tobołek.
Pierwszą rzeczą, którą wyjął, był krem z filtrem, a przynajmniej tak sądził.
- Szkoda, że od razu mi tego nie dali – stwierdził i wyjął drugą rzecz.
Był to płaszcz z kapturem, uszyty z cienkiego jasnego materiału. Abz domyślił się, że również miał pełnić funkcję ochrony przed słońcem. Oprócz tego znalazł garść blaszek, które skojarzyły mu się z walutą.
Hilda westchnęła i uznała, że nie pozostaje jej nic innego, jak również sprawdzić zawartość swojego ekwipunku. Jej bagaż składał się z apteczki i futurystycznego pistoletu. Eksperymentalnie strzeliła w ścianę. Promień lasera zrobił w niej wyraźną dziurę. To trochę podniosło lekarkę na duchu. Miło było wreszcie trzymać w ręku broń z prawdziwego zdarzenia. Pozostali członkowie załogi poczuli się zmotywowani, by sprawdzić, jakie oni dostali „prezenty”. Gareth ucieszył się na widok podobnej broni i paczki C4. Chen wygrzebał kompas i mapę, zaś Joanna lornetkę i kalkulator. Do tego każdy otrzymał zestaw takich samych blaszek co Abz, wyglądało więc na to, że rzeczywiście są walutą. Badacze poczuli się trochę pewniej. Przynajmniej nie musieli zaczynać z pustymi rękami. Po chwili zostali przeniesieni do nowej lokacji i przeżyli istny szok termiczny. Stali w prażącym słońcu, na szczycie jakiegoś wzgórza. Krajobraz przypominał Arizonę lub wyschnięte partie krajów śródziemnomorskich. Niewiele rosło tu drzew. Większość terenu stanowiły skały i kamienie, gdzieniegdzie poprzeplatane krzewami.
- Na święte lodowce! - wykrzyknął Abz, zakładając okulary. - Tu się nie da żyć!
- Pożycz tego filtru – rzucił Gareth. Jemu również klimat nie odpowiadał, ale przynajmniej miał już doświadczenie w pracy w takich warunkach.
Podczas gdy koledzy się smarowali, Chen wpatrywał się w dolinę, którą mieli przed sobą. Wyraźnie widział jakieś skupisko budynków i nie sądził, by to była fatamorgana.
- Tam jest jakaś osada – powiedział, wskazując palcem.
Udanie się w to miejsce było najbardziej sensownym rozwiązaniem. Abz westchnął rozpaczliwie na samą myśl o podróży w tym upale, ale Joanna dodała mu otuchy, klepiąc go po plecach. Ruszyli przed siebie i każdy wykazywał podobny brak entuzjazmu.


Kiedy weszli do miasta wszyscy byli już zmęczeni i odwodnieni. Ich granatowe, zniszczone uniformy były dość przewiewne, ale w tych warunkach trudno było w nich wytrzymać. Co prawda mogli się rozebrać do białego podkoszulka na ramiączkach, ale wtedy ryzykowaliby więcej poparzeń. W szczególności Abz miał dosyć. Opierał się o ramię Joanny i powłóczył nogami. Na pytanie, czy wszystko w porządku, odpowiadał mruknięciem. Nie miał nawet siły, by rozejrzeć się dookoła. A bez wątpienia było co podziwiać, bo znaleźli się w dość osobliwym miejscu. Ziemianie poczuli się trochę jak w „Gwiezdnych Wojnach”, brakowało tylko dziwnych stworów. Miasteczko, w którym się znaleźli, z jednej strony wyglądało futurystycznie, a z drugiej przypominało jakąś zapadłą wioskę na pustyni. Przy kurzących drogach stały zarówno proste kamienne domki, jak i stalowe konstrukcje. Ulicami od czasu do czasu przemykały poduszkowce, a niektórym ludziom towarzyszyły roboty. Wielu tubylców nosiło płaszcze podobne do tego, który otrzymał Abz.
Gareth swym sokolim wzrokiem wypatrzył bar i skinął na przyjaciół, by podążyli w tę stronę. Jednak gdy Joanna zrobiła krok, poczuła, że ciężar Abza opuszcza jej ramię, a po chwili usłyszała łomot, jakby coś runęło na ziemię tuż za jej plecami.

Abz ocknął się w nieco chłodniejszym miejscu. Najpierw poczuł, że ktoś mu rozpina wierzchnią część uniformu, a potem przemywa twarz zimną wodą. Otworzył oczy i zauważył, że to Hilda się nim zajęła. Przycisnęła mu mokrą szmatkę do szyi i uniosła wskazujący palec, nakazując Abzowi podążać za nim wzrokiem.
- Boli cię głowa? - spytała.
- Nie.
- To dobrze. Wygląda na to, że nic ci nie jest, ale ochładzaj szyję – poleciła lekarka.
Joanna podała przyjacielowi szklankę wody. Dopiero teraz zauważył, że znajdują się w jakimś barze i siedzą przy metalowym stole. Potrzebował trochę czasu, żeby dojść do siebie. Ponieważ tu słońce mu nie zagrażało, zdjął okulary i rozebrał się do podkoszulka. Jego przyjaciele zresztą uczynili podobnie, by się trochę ochłodzić. Po pewnym czasie zaczęli przyzwyczajać się do temperatury.
W pewnym momencie do ich stolika podeszły trzy śliczne czarnowłose dziewczyny o opalonej skórze. Miały jasne, częściowo prześwitujące sukienki i fantazyjną biżuterię, z twarzy wyglądały jednak dość niewinnie. Trudno było powiedzieć czy są prostytutkami, czy zwykłymi klientkami baru.
- Jest pan z północy, prawda? Nigdy nie spotkałyśmy nikogo z północy. Możemy się dosiąść? - spytała jedna z nich Abza z zakłopotaniem, które równie dobrze mogło być udawane. Albinos poczuł się tak zmieszany, że jedynie przytaknął, nie wiedząc, co w ogóle powiedzieć. Jego przyjaciele również wyglądali na dość zdziwionych i w milczeniu obserwowali, jak ślicznotki zajmują miejsce obok ich kompana.
- Pewnie jest pan bardzo bogaty i dzielny – powiedziała inna dziewczyna.
- I ma pan takie piękne czerwone oczy.
- Właściwie to są przezroczyste – mruknęła Hilda ze znudzeniem.
Kobiety z załogi zaczynała irytować obecność tajemniczych panien. Za to mężczyźni nieco się ośmielili.
- Ekhem... - chrząknął Gareth. - My też jesteśmy z północy. Jesteśmy bardzo dzielni i bogaci, prawda, Chen?
- Tak, tak... - wymamrotał geolog wpatrzony w piękności.
Po chwili każdemu z mężczyzn siedziała na kolanach jedna z dziewczyn, ku wyraźnemu zdegustowaniu żeńskiej części załogi.
- Zawsze marzyłem o tym, żeby mieć trzy żony – powiedział rozanielony Abz.
- Ej, nie podzielisz się z kolegami? - zażartował Gareth.
Joanna zaczynała tracić cierpliwość. Popatrzyła na kolegów z niesmakiem.
- Nie sądziłam, że jesteście tak prymitywni – zrugała przyjaciół.
- Pochodzę z kultury poligamistycznej... - próbował wytłumaczyć się Abz, ale mina Joanny się nie zmieniła.
- Wiecie co, moje drogie. Ponieważ jesteśmy dzielnymi wojownikami z północy, chętnie rozprawimy się ze złem w tej krainie. Powiedzcie mi, kto tu najbardziej daje się we znaki? - spytał Gareth, myśląc zdecydowanie bardziej strategicznie, niż mogło się to z pozoru wydawać.
- Hmmm... Handlarze niewolników. Wszyscy się ich boją – powiedziała dziewczyna siedząca na kolanach Chena.
- Tak, są straszni... Porwą każdego, kto oddali się od osady.
Na twarzy Garetha widać było satysfakcję. Miał już mniej więcej pojęcie, jakie zadanie może ich czekać w tym świecie.


- Wciąż uważam, że to było żenujące – komentowała Joanna przygodę w barze, gdy szli ulicami miasteczka.
- E tam, przecież to nie było na poważnie – bronił się Gareth. - Prawda, chłopaki?
Abz i Chen spuścili wzrok. Do tego albinos zasunął jeszcze niżej kaptur swojego nowego ubioru. Majorowi chciało się śmiać.
- Najważniejsze, że zasięgneliśmy języka i mamy już określony cel – powiedział.
Wiedzieli już, gdzie odbywa się największy targ niewolników. Jednak po sprawdzeniu na mapie okazało się, że to kawał drogi i nie będą w stanie dojść tam pieszo w takich warunkach. Musieli zdobyć transport. Dlatego po wypytaniu mieszkańców, udali się do człowieka sprzedającego poduszkowce.
- To nada się w sam raz na dalekie podróże. Zmieści się nawet sześć osób. Jest klimatyzacja, kibelek, prysznic. Jest nawet przetwarzarka. Siku przerabia na wodę, a kupkę na żarcie. Bardzo przydatne na pustyni – tłumaczył handlarz, oprowadzając badaczy po pojeździe.
Barwne szczegóły trochę ich zniesmaczyły, ale ogólnie wóz im się podobał. Przypominał wielkie samochody kempingowe, w których mieściła się cała rodzina, z tą różnicą, że nie miał kółek.
- Podoba nam się. Ile kosztuje? - spytał Gareth.
- Milion upi-upi.
Po podliczeniu wszystkich pieniędzy okazało się, że mają ich niewiele ponad tysiąc. Musieli znaleźć jakiś sposób na szybki zarobek, albo pozostawało pożegnać się z wymarzonym środkiem transportu. Ewentualnie mogli spróbować ukraść pojazd, ale domyślali się, że symulacja wymaga od nich prawych działań, więc woleli tego nie robić.
Zeszli całe miasto wzdłuż i wszerz, zastanawiając się, co zrobić, aż Hildzie rzucił się w oczy kolisty budynek z wielkim szyldem, mówiącym: „Coroczny Wielki Turniej, do wygrania milion upi-upi”. Jak mogliby to zignorować?


Do turnieju należało zgłaszać pięcioosobowe drużyny, więc wzięcie w nim udziału musiało być dla badaczy przeznaczeniem. Problem leżał w tym, że zaliczka wynosiła niemalże równowartość pieniędzy, które posiadali, dlatego było to jak stawianie wszystkiego na jedną kartę. Wiedzieli, że jeśli przegrają, będą mieli kłopoty.
Eliminacje składały się z serii zadań zarówno zręcznościowych, jak i logicznych, które wydały się podróżnikom bardzo łatwe. Albo ludzie w symulacji byli idiotami, albo oni zdążyli tak bardzo się wyszkolić. Do finału trafiła załoga Odysei oraz drużyna o enigmatycznej nazwie X5. Ona również składała się z dwóch kobiet i trzech mężczyzn. Wszyscy nosili czarne skórzane stroje i mieli włosy ufarbowane na różne kolory. Badaczy jednak nie interesował ich image, chcieli tylko jak najszybciej wygrać i mieć święty spokój.
Zawody odbywały się na dużej arenie otoczonej widzami. Do tego na wielkim telebimie można było dokładniej przypatrywać się poczynaniom uczestników. Drużyny siedziały w specjalnych sektorach po przeciwległych stronach areny i czekały na instrukcje gospodarza imprezy, który uderzająco przypominał im hologram z jaskini.
- Przypominam, że będzie pięć konkurencji, w których zawodnicy biorą udział pojedynczo. Za każdą wygraną konkurencję drużyna otrzymuje punkt. Naturalnie wygrywa ta, która uzbiera ich więcej – wytłumaczył gospodarz, zarówno widowni jak i zawodnikom. - Zaczniemy od tych mniej widowiskowych konkurencji. Na początek coś z matematyki. Uczestniczy otrzymają kartki ze zbiorem liczb. Ich zadaniem jest rozszyfrować ukrytą wiadomość. Mają na to dziesięć minut.
- No dobra, mózgowcy, kto z was się tego podejmie? - spytał Gareth uczonych.
- Ja to zrobię – zgłosiła się Joanna. Stwierdziła, że woli mieć to jak najszybciej z głowy.
Na arenę spod podłogi wjechały dwa stoły, w wystarczającej odległości od siebie, by zawodnicy przeciwnych drużyn nie mieli wglądu do pracy oponenta. Joanna podniosła kartkę i zobaczyła, że cała zapisana jest cyframi, które jak na razie nic jej nie mówiły. Jednak nie zniechęciło jej to, bo w liceum sama lubiła układać tego typu zagadki.
- Przepraszam, czy można korzystać z kalkulatora? - zwróciła się do prowadzącego.
Mężczyzna natomiast zwrócił się z tym samym pytaniem do komisji, która szybko przejrzała regulamin i przytaknęła. Joanna ucieszona wyjęła swoje urządzenie. Była święcie przekonana, że zadanie mieści się w granicach jej możliwości, więc w ogóle nie zwracała uwagi na mijający czas, poczynania mężczyzny z przeciwnej drużyny czy komentarze gospodarza. Całkowicie skupiła się na rozwiązaniu łamigłówki. Najtrudniej było znaleźć zależność między liczbami. Potem poszło już jak za górki. Po sześciu minutach miała już gotową odpowiedź.
- To informacje na temat prostego systemu gwiezdnego. Ilość planet, odległości między nimi, masa... Proszę bardzo – pokazała swoją pokreśloną kartkę, którą można było zobaczyć na telebimie. Komisja, po krótkiej konsultacji uznała zadanie za wykonane.
Rozległy się brawa. Joanna w podskokach wróciła do przyjaciół i zauważyła, że ci również klaszczą. Wyglądali na oszołomionych. Najwyraźniej nikt nie spodziewał się, że pójdzie jej z taką łatwością. Możliwe, że zadania wcale nie były dużo trudniejsze od tych z eliminacji. To dodało pozostałym otuchy.
- Robi się coraz bardziej ekscytująco – kontynuował gospodarz. - Pora na dyscyplinę pod tytułem „rozbrajanie bomby”. Oczywiście nie prawdziwej. Na stołach zaraz pojawią się atrapy bomb. Zawodnicy muszą je rozbroić w ciągu dziesięciu minut.
Spojrzenie Garetha padło na albinosa, który miał ochotę się przed nim jak najszybciej schować.
- Coś dla ciebie, Abziu – uśmiechnął się major z przekąsem.
- Nie jestem saperem, tylko inżynierem.
- To prawie to samo.
- Ale ja...
- Joannie się udało, to tobie też się uda. Widziałeś, jakie to proste – z tymi słowy Gareth pchnął Abza na arenę.
Teraz Anahibianin nie mógł się już wycofać. Podszedł do stołu i z trwogą spojrzał na znajdujący się na nim przedmiot. Miał on wielkość i kształt podobny do opakowania na taśmę filmową, tylko był trochę grubszy. Na górze znajdował się uchwyt. Abz przełknął ślinę i delikatnie przekręcił go, otwierając wieko. W środku znajdowała się maszyneria. Jakieś migające na kolorowo symbole, kable i dziwnie wyglądające przezroczyste kulki. Albinos podrapał się po głowie i poczuł, że nieźle się poci. Zegar nieubłaganie odliczał czas, więc lepiej było wziąć się do roboty. Dopiero teraz Abz zauważył, że obok leżały różne narzędzia, jak nożyce, śrubokręt czy obcęgi. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie wiedział, od czego zacząć. Logika podpowiadała, żeby przeciąć któryś przewód, ale który, nie miał pojęcia. Jego przeciwnik intensywnie majstrował przy swojej bombie, zaś Abz tylko spoglądał na zegar i zauważył, że została mu ledwie połowa czasu. Nie docierały do niego ekscytacja gospodarza i doping przyjaciół. Wpatrywał się w maszynerię, próbując coś wymyślić, aż została mu mniej niż minuta. W końcu dał za wygraną, przeciął wszystkie kable naraz i spuścił głowę.
- Co za niesamowicie przemyślana akcja. Zawodnik drużyny Odysei wygrywa! - oznajmił prowadzący.
Abz zgłupiał. Otworzył usta i zauważył, że przyjaciele biją mu brawo. Gdy wracał do nich jak w transie, wciąż nie do końca rozumiał, co się stało.
- To było świetne. Przez chwilę naprawdę uwierzyliśmy, że nie wiesz, co robić - pogratulował mu major.
Kiedy emocje nieco opadły, gospodarz ogłosił ostatnią z dyscyplin logicznych. Tym razem na arenie utworzono jakby dwie ogromne szachownice, na których człowiek sam mógłby udawać pionek i wypełniono je w niektórych miejscach sześcianami o wielkości pól, na których się znajdowały. Niektóre przestrzenie miały barwę zieloną, inne czerwoną. Na samym końcu szachownicy, jedno z pól zajmowało krzesło. Okazało się, że wygra ten, kto pierwszy dojdzie do niego i na nim usiądzie. Jednak by to zrobić, należało utorować sobie drogę między sześcianami, a można je było przesuwać tylko po zielonych polach. Tym razem na wykonanie zadania przewidziano tylko pięć minut czasu i trzy podejścia.
- Dobra, geniuszu, dajesz. - Gareth zaprosił Chena na scenę.
Geolog westchnął i poczłapał na brzeg szachownicy. Gracze otrzymali wyświetlacze, na których mieli mapkę całej planszy. Wydawało się to pomocne, ale łatwo było zapędzić się w kozi róg. Początkowo Chen wybrał trasę, na której znajdowało się najmniej sześcianów, ale szybko utknął. Na szczęście miał jeszcze dwa podejścia. Tym razem więc przesuwał sześciany po drugiej stronie od pól, którymi się przemieszczał. Zakończyło się to jednak podobnie. Widząc, że przeciwniczka zaszła zdecydowanie dalej, postanowił zapomnieć o limicie czasu i bardziej przemyśleć trasę. Tym razem dokładnie przeanalizował mapkę, wyobrażając sobie, że przesuwa sześciany w różne możliwe miejsca. Początkowy fragment okazał się najtrudniejszy, a potem poszło mu już z łatwością. Doskonale wiedział, którędy wiedzie droga i brakowało mu dwóch pól, by dotrzeć do krzesła, gdy nagle usłyszał dźwięk gwizdka.
- Drużynie Odysei niewiele brakowało, ale tym razem to X5 była szybsza – przemówił gospodarz.
Chen nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Tak głupio przegrać i skompromitować się przed całą drużyną? Uchodził za najinteligentniejszego z nich wszystkich, a tymczasem jako jedyny zawiódł.
Kiedy wracał do swojego sektora, wyglądał na mocno zszokowanego. Przyjaciele go pocieszali i zapewniali, że wciąż mają przewagę, ale w tej chwili o niczym nie chciał słuchać. Musiał usiąść i trochę ochłonąć.
- Zaczynamy część zręcznościową – oznajmił prowadzący. - Pierwsze zadanie może wydawać się proste. Mamy dwa stoły, na których stoją wiadra i do tego jeden kubek. Trzeba chodzić od jednego stołu do drugiego, tak żeby przy pomocy kubka przelać wodę z jednego wiadra do drugiego. Brzmi jak dziecinna zabawa? No nie bardzo, ponieważ tutaj co pół minuty będzie wzrastać grawitacja o pół g. Gdy dojdzie do pięciu, gra zostanie automatycznie przerwana, a wygra ten, kto przeleje więcej wody. Chyba że komuś do tej pory uda się przelać wszystko.
- Brzmi jak zabawa w sam raz dla mnie – mruknął Gareth z pewną niechęcią. Nie paliło mu się do udziału w głupich grach przed publicznością, ale był najlogiczniejszym wyborem.
- A czy to nie jest niebezpieczne? - spytała Joanna z niepokojem.
- Poza tym, że może być nieprzyjemne, to raczej nie. Szkolili mnie na wytrzymywanie takich rzeczy, więc... - major urwał i wyszedł na arenę.
Czuł się idiotycznie, kursując z kubeczkiem między dwoma wiadrami, ale pocieszał się myślą, że robi to po to, żeby wydostać się z tego zapomnianego przez Boga miejsca. Sygnał dźwiękowy dał mu znać, gdy zmieniła się grawitacja.
- No proszę, półtora g nawet nie spowolniło naszych zawodników. Idą łeb w łeb – skomentował prowadzący.
Mimo zmieniającej się grawitacji zadanie było dość monotonne. By umilić sobie czas major wspominał, jak będąc jeszcze młodym kadetem, licytował się z kolegami, kto dłużej wytrzyma na wirówce. Robili zakłady, który ostatni straci przytomność. Gareth z reguły wygrywał. Ale raz trafił na przeciwnika, którego za nic nie mógł pokonać, i zastanawiał się, czy tym razem będzie podobnie. Teraz gra szła o większą stawkę.
Przy dwóch i pół g zaczęły się problemy. Gareth mógł jeszcze chodzić, ale jego wydajność znacznie spadła. Przy trzech wiedział już, że musi zmienić strategię. Zaczął się czołgać po podłodze, która na szczęście była śliska i dało się pchać po niej kubek. Przeciwnik jednak podłapał jego pomysł i zrobił to samo, co znowu wyrównało ich szanse. Najtrudniej było nabierać wodę i ją wlewać do wiadra. Dobrze, że chociaż wysokość stolików nie zmuszała do pełnego wstawania, bo przy tych przeciążeniach było to już niemożliwe.
- Naprawdę się martwię, że coś się mu może stać – szepnęła Joanna do Hildy.
- Raczej nie grożą mu żadne większe urazy, ale obawiam się, że może dojść do chwilowej ślepoty – rzekła lekarka z powagą.
Gareth doskonale wiedział, czego się spodziewać. Już teraz z trudem oddychał, a pole widzenia coraz bardziej mu się zawężało. Nie zamierzał jednak przegrać. Jego zwycięstwo w tej rundzie oznaczałaby zwygraną dla całej drużyny. Jednak miał spore problemy z poruszaniem się. Udało mu się co prawda doczołgać do stolika, ale nie wyobrażał sobie, by zdołał podnieść kubek, nie mówiąc już o przelaniu jego zawartości. Zawodnik przeciwnej drużyny dał za wygraną, więc obaj poczekali, aż tortura się skończy. W końcu grawitacja wróciła do normy, a Gareth jeszcze przez chwilę leżał oszołomiony.
- Trwa liczenie przelanej wody – skomentował prowadzący. - I... mamy już wyniki. Zawodnik X5 wygrywa minimalną różnicą.
Major zaklął i nawet nie chciało mu się wstawać. Dopiero Hilda podeszła do niego i pomogła mu zejść z areny. Przyjaciele skupili na nim swoją uwagę, zaniepokojeni jego stanem, ale wyglądało na to, że Gareth zaczyna dochodzić do siebie.
- Co za emocjonujące starcie. Jest remis. Ostatnia runda rozstrzygnie wszystko. Zapraszam na wielki finał, czyli walkę – ogłosił gospodarz, a cała widownia zaczęła wiwatować. - Technika jest tu dowolna. Przegrywa ten, kto pierwszy się podda albo straci przytomność.
- Albo zginie – dodał Abz, gdy zobaczył zawodnika przeciwnej drużyny.
Na arenę wyszedł najbardziej masywny i umięśniony mężczyzna. Miał jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu i jaskrawoczerwone włosy. Zacierał z zadowoleniem ręce.
- Dobra, regulamin nie zabrania wzięcia udziału jednej osobie w dwóch dyscyplinach – westchnął Gareth i wyglądało na to, że zamierza wstać. - Majorze... ja się tym zajmę, pan powinien odpoczywać... - powstrzymała go Hilda.
- Z tego co mi wiadomo, do mnie należy ostateczna decyzja.
- Ale lekarz może wydać rozkaz wyższemu stopniem, jeśli uzna, że w grę wchodzi jego zdrowie. Proszę odpoczywać.
Gareth postanowił się nie kłócić.
- Nie popisuj się. Jak się zrobi niebezpiecznie, to się poddaj – polecił.
Hilda przytaknęła, zdjęła wierzchnią część uniformu i wzięła głęboki oddech. Była z grubsza gotowa. Weszła na arenę i stanęła naprzeciwko górującego nad nią zawodnika.
- Nie myśl sobie, że będę ci dawać fory tylko dlatego, że jesteś kobietą – zaznaczył.
Dla Hildy nie liczyło się, co ma do powiedzenia jej przeciwnik. Chciała go jedynie położyć na łopatki. Wygrywała już z większymi od siebie. Trenowała sztuki walki od czasów szkoły podstawowej, więc uważała, że ma szansę. Nie znaczyło to, że bagatelizowała zagrożenie. Stała się czujna, gdy wróg tylko uniósł pięści. Pozwoliła, by ją okrążył, przemieszczając się wraz z nim. Dała też mu wykonać pierwszy ruch. Przeciwnik zamachnął się na nią, ale zrobiła unik. Uchyliła się też przed dwoma kolejnymi ciosami. Mężczyzna natarł na nią całym ciałem, a ona płynnie usunęła mu się z drogi i powtórzyła to kilka razy, aż oponent się znudził.
- Uderzysz mnie wreszcie? - warknął, mając dosyć jej ciągłych uników.
Znowu postanowił wymierzyć jej prosty. Tym razem Hilda pochwyciła jego ramię i zapodała mu kopniaka w kroczę. Zdziwiła się jednak, gdy jej noga natrafiła na coś bardzo twardego, a ból przeszył jej ciało. Jęknęła i złapała się za kończynę, a mężczyzna zaczął się śmiać.
- Nigdzie nie ruszam się bez ochraniacza – stwierdził.
- Za to powinna być dyskwalifikacja! - krzyknął oburzony Gareth.
Komisja szybko zajęła się tą sprawą, ale jej werdykt nie było korzystny dla Hildy. Walka trwała dalej. Rozochocony mężczyzna atakował dalej, a ponieważ lekarkę wciąż bolała noga, miała problem z robieniem uników. W końcu dostała w twarz z taką siłą, że się wywróciła. Wszyscy jej przyjaciele wstali jak jeden mąż. Co prawda kobieta nie straciła przytomności, bo uniosła się na przedramionach, ale była nieźle oszołomiona. Krew ciekła jej z nosa oraz z ust, bo straciła jednego zęba.
- Poddaj się, to rozkaz! - wrzasnął Gareth.
Słowa przywódcy najwyraźniej nie dotarły do świadomości Hildy. Wstała i spojrzała na przeciwnika rozwścieczonym wzrokiem. Wytarła krew przedramieniem i przybrała pozycję bojową. Przeciwnik uśmiechnął się złowieszczo i przeszedł do ataku. Kobieta zapomniała o bólu i pozwoliła, by adrenalina przejęła kontrolę. Kiedy oponent natarł na nią, pochwyciła jego rękę, podobnie jak przy ciosie w krocze, ale tym razem użyła jego własnej masy, by go przewrócić. Mężczyzna wstał zdenerwowany i zaczął atakować bardziej brutalnie i chaotycznie. Dla Hildy jego skupienie na sile i brak przywiązywania wagi do techniki było korzystne. Kilka razy boleśnie wykręciła jego ramię. Raz udało jej się dotkliwie uderzyć go w nos, przez co jego twarz wyglądała teraz podobnie jak jej. Po chwili mężczyzna był tak wściekły, że nie dbał już o wygraną, a chciał jedynie rozszarpać przeciwniczkę na strzępy. Wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak drewniany uchwyt. Po chwili wysunęło się z niego ostrze. Mężczyzna podbiegł do przeciwniczki i zamachnął się na nią. Na ułamek sekundy każdy na sali zamarł, a przyjaciele Hildy aż wstrzymali oddech. Jeśli zaś chodzi o samą lekarkę, dla niej wszystko działo się jakby w spowolnionym tempie. Chwyciła ostrze w złączone dłonie i wytrąciła z rąk przeciwnika. Wymierzyła mu kopniaka w brzuch, w którego włożyła całą swoją energię. Mężczyzna upadł z wielkim hukiem na plecy i już nie wstał.
Gdy ogłoszono zwycięstwo Hildy, jej przyjaciele wybiegli na arenę i zaczęli ją ściskać w wielkim szczęściu. Gareth nawet zapomniał o tym, że nie wykonała jego rozkazu. Aż wziął ją na ręce i podrzucił. Widowni najwyraźniej udzieliło się ich szczęście, bo również zaczęła wydawać okrzyki radości.
Jeszcze tego dnia przyjaciele odjechali swym nowym wozem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz