sobota, 9 stycznia 2016

Wyzwania, Rozdział XI

Rozdział XI

Gdy Arganok wszedł do komnaty, zauważył, że cesarz Kaklog jest pochłonięty lekturą jakiegoś zwoju. Doradca poprawił swoją skórzaną pelerynę, upewniając się, że w jego prezencji niczego nie brakuje.
- Wasza wysokość wzywała? - spytał grzecznie.
Cesarz podniósł wzrok, ale nie zamknął zwoju.
- Chciałbym, żebyś zdobył dla mnie więcej materiałów na temat Białego Oddziału – przemówił stanowczo. - Zwłaszcza o tym komandorze, który niedawno u nas gościł.
- Mniemam, że chodzi przede wszystkim o cele strategiczne?
W głosie Arganoka dało się wyczuć niepewność, ale cesarz to zignorował i zmienił temat.
- Co z Izizijem Wirem? Dalej siedzi, a miał być nasz. - Kaklog ze zdenerwowaniem odłożył zwój.
- Proszę się nie martwić, odpowiednie kroki zostały podjęte. Znaleźliśmy osobę, na której pomoc możemy liczyć. - Arganok wytarł chusteczką pot z czoła. Najbardziej się denerwował, gdy musiał przekazać złe wieści. - Niestety nie wszystko układa się po naszej myśli. Doszły do mnie informacje, że pomieszańcy inwigilowali tego całego Ista. Mogą coś podejrzewać w związku z nielegalnym napływem wywronów.
Cesarz wstał i zbliżył się do swego doradcy, na co ten zadrżał. Co prawda Kaklog nie był specjalnie agresywny, ale miewał wybuchy złości, a tego Arganok wyjątkowo nie lubił.
- Przecież on nic nie wie – rzucił cesarz, z niespodziewanym spokojem. - Nie ma szans, żeby połączyli go z nami.
- Ale będą węszyć.
- Dlatego tym bardziej potrzebny nam Wir. Musimy go mieć i to szybko. Zanim coś wywęszą.
- Osobiście tego dopilnuję. - Arganok skłonił się pokornie.


Na początku wiadomość, że Chen wrócił z delegacji wywołała w Derksie spory stres. Mouk miał ochotę zaszyć się w jakiejś dziurze daleko stąd, ale szybko zdał sobie sprawę, jak irracjonalne mogą wydawać się jego lęki. Nie wiedział, czy to wszystko przez hormony, czy przez coś innego, ale był wściekły na siebie i na swoje infantylne zachowanie. W końcu Derks wziął się w garść i zdecydował, że jedyne sensowne rozwiązanie, to pełna otwartość i zaufanie. Nie owijał w bawełnę, po prostu powiedział, co miał powiedzieć.
Milczenie po raz pierwszy okazało się dla Derksa krępujące, niestety trwało dobrych kilka chwil. Mouk spuścił wzrok, czekając na reakcję, a gdy ta dalej nie nadchodziła, uniósł go z powrotem. Chen wyglądał na absolutnie zbitego z tropu.
- Jesteś... pewien, że to to? - wydusił Ziemianin i przełknął ślinę.
- Oczywiście, że jestem. Byłem nawet u specjalisty. Powiedział, że z lekami powinno być wszystko w porządku, ale mimo wszystko chciałby cię poznać i zbadać twoje DNA, bo... no to jednak pierwszy taki przypadek w historii. To znaczy istnieją hybrydy... ale dzięki interwencji laboratoryjnej, a w taki sposób to nigdy... Widzisz, wy Ziemianie jednak jesteście wyjątkowi.
- Będę tatą... - wymamrotał Chen, po czym niespodziewanie się zaśmiał. - Ale jaja, będę tatą! - Złapał się za głowę, ale na szczęście na jego twarzy widniał uśmiech.
- Jak się z tym czujesz? - spytał niepewnie Derks, bawiąc się nerwowo krawędzią swojej koszuli.
- Zaskoczony, podekscytowany, może trochę przerażony... ale... w sumie to szczęśliwy. - Chen złapał mouka za dłonie. - A ty? Widzę ten strach w twoich oczach. Co się dzieje?
- Boję się, że te różnice między nami będą problemem.
- Derks, przecież mnie znasz, wiesz, że możesz na mnie liczyć. Nie zrobię niczego wbrew tobie.
- Nie będziesz mnie traktować protekcjonalnie?
- Postaram się.
- Nie będziesz próbował przejąć kontroli nad naszym dzieckiem?
- Kontroli? Wiadomo, że chcę być w jego życiu i nauczyć go różnych rzeczy, ale żeby od razu nazywać to kontrolą?
- Po prostu chodzi mi o to, że ziemski model rodziny się tutaj nie sprawdzi. Tutaj ojcowie z reguły nie poświęcają tyle uwagi swoim dzieciom, no bo sami są też matkami. Z tobą jest inaczej i w sumie nie chcę cię od nas odepchnąć, ale... trzeba będzie wymyślić jakieś kompromisy. Nie chcę, żeby traktowali nasze dziecko jak odmieńca.
- Spokojnie, mamy jeszcze czas. Nie musimy wszystkiego ustalać teraz. - Chen pogłaskał Derksa po policzku.
Poszło lepiej, niż mouk się spodziewał, ale czym on się właściwie wcześniej przejmował? Przecież Chen zrobiłby dla niego wszystko. Teraz Derks potrzebował bliskości, zarówno fizycznej, jak i mentalnej, dlatego cieszył się, że ten wieczór i noc mógł spędzić ze swym ulubionym Ziemianinem. Chyba Derks nie miał do końca racji twierdząc, że moukowie wolą samotność. Owszem, była czasem pożądana, ale zdarzały się też momenty, kiedy Derks najzwyczajniej w świecie potrzebował towarzystwa kogoś bliskiego.
Ranek nastał prędko. Gdy Derks się obudził i poczuł, jak Chen przyciska się do jego nagiego ciała, mimowolnie się uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że udało mi się rozładować to całe napięcie. - Ziemianin cmoknął Derksa w ramię.
- Wiesz... tak sobie myślałem... - szepnął mouk. - Pamiętasz historię o Borenie i wodzu Piksie, co wam kiedyś opowiadałem?
- Pewnie.
- Opowiadałem, jak to za dawnych czasów moukowie łączyli się w stada. I że każdy w stadzie był matką i ojcem dla wszystkich dzieci. Pomyślałem... że chyba właśnie tego chcę. Żebyś był w moim stadzie. Ty, Ormiks, Bumaga... Wszyscy jesteście dla mnie ważni. Chciałbym, żebyście wszyscy byli w życiu mojego dziecka. Ty odgrywasz w moim życiu szczególną rolę, ale... wiesz o co mi chodzi...
- Chcę być częścią stada – zapewnił Chen i przytulił się do Derksa.


Szef z reguły nie sprawiał wrażenia miłego i rzadko się uśmiechał, ale tym razem potraktował Derksa z wyjątkową uprzejmością. Co prawda komandor był beznamiętny jak zawsze, ale za to ugościł podwładnego w swym prywatnym salonie, a nie w biurze, jak zazwyczaj. Zaproponował nawet coś do picia.
- I jak samopoczucie? - spytał, podając Derksowi miseczkę z napojem.
- Myślę, że dobrze.
- Cieszy mnie to. Nie chciałbym cię całkowicie wykluczyć ze służby. Ty też byś chyba tego nie chciał, prawda?
- To znaczy? - Derks nieco się zmieszał.
- Chciałbym, żebyś z nami został. Oczywiście, jeśli czujesz się na siłach. I rzecz jasna nie mam na myśli wysyłania cię w teren.
- Więc co miałbym robić?
- Zostałbyś koordynatorem.
- Czyli praca w biurze?
- Owszem, ale to jej w niczym nie umniejsza. Opracowywałbyś akcje od strony strategicznej.
Derks odstawił miskę i westchnął. Nie lubił tkwić w jednym miejscu, ale z drugiej strony nie pozostało mu zbyt wiele opcji.
- Co się stanie z moją drużyną? - spytał.
- Zostaną przydzieleni do innych zadań. Ale to nie znaczy, że nie możecie w przyszłości znowu pracować jako zespół.
W obecnej sytuacji Derksowi trudno było nie przyznać Szefowi racji. Komandor bez wątpienia chciał jak najlepiej i należało to docenić.
- W porządku, zgadzam się. - Derks uśmiechnął się lekko.
- W takim razie pokażę ci twoje nowe miejsce pracy. - Szef wstał i poprowadził podwładnego do windy.
Biuro, w którym znalazł się Derks, nie należało do małych. Wielka, pusta ściana i panel kontrolny obok wskazywały, że to miejsce do dużych projekcji holograficznych. Surowy wystrój nie zniechęcał, w końcu to była część bazy, choć znalazła się tu półka z doniczkowymi roślinami.
- Bubamara będzie twoim asystentem.
Derks odwrócił się i ujrzał mouka niewiele starszego od Ormiksa. Nie był wysoki, miał zadarty nos, przerwę między zębami, co zdradzał jego szeroki uśmiech, i względnie krótkie, czarne włosy spięte w kitkę.
- Bardzo mi miło - skłonił się młodzieniec.
Z pewną dozą niepewności Derks spojrzał na Szefa. Ten tym razem zdradzał jakieś emocje, wyglądał na usatysfakcjonowanego, sądząc po uśmiechu. Czyżby zaplanował to wszystko, nim jego podwładny wyraził zgodę? Całkiem możliwe. Z jednej strony Derks miał Szefowi za złe, że nie może wybrać na asystenta kogoś ze swojej drużyny, a z drugiej cieszył się, że jego towarzysze mogą dalej brać udział w misjach.
- To kiedy zaczynamy? Od jutra? Miałeś chyba wystarczająco czasu, żeby poukładać swoje sprawy – oznajmił komandor.
- Może być od jutra – rzucił Derks bez przekonania.
Zmiany bywały trudne, ale czasem konieczne. Krok po kroku Derks oswajał się z nową sytuacją i choć miał jeszcze wiele do zrobienia, to czuł, że pomału jakoś wszystko zaczyna się układać.
- Tom... - cieszył się, że zastał Ziemianina w bazie. Musiał mu wreszcie powiedzieć, jak sprawy się mają.
- Już słyszałem. Moje gratulacje.
- Zakładam, że nie masz na myśli mojej nowej pracy w biurze.
- Nie. - Tom zaśmiał się z lekkim zawstydzeniem.
- Dobra, żarty na bok, akurat to, co mam ci do powiedzenia, jest bardzo ważne. - Derks wziął głęboki wdech. - Dziękuję ci za to, że zgodziłeś się ze mną współpracować i trochę mi głupio, że tak wyszło. Trafiłeś tu z mojej woli i nie masz już żadnych zobowiązań wobec Enis, więc możesz wrócić na Ziemię.
- A jeśli będę chciał zostać?
Pytanie Toma całkowicie zbiło Derksa z tropu.
- Myślałem, że tęsknisz za domem – zdumiał się mouk.
- Bo tęsknię, ale obiecałem jednej osobie, że w czymś jej pomogę i nie chcę jej zawieść. Chciałbym doprowadzić to do końca. Czy mogę zostać dopóki tego nie zrobię?
Musiało chodzić o coś naprawdę dużego, bo Tom mówił z niebywałą powagą. Derksowi to wręcz zaimponowało.
- I właśnie to w tobie podziwiam. Tą lojalność i poczucie obowiązku. Jeśli będziesz potrzebować w czymś pomocy, to przyjdź do mojego biura.
- Dzięki, szefie.
- Nie musisz już się do mnie tak zwracać. Do jutra, Tom. - Derks skłonił się i oddalił.


Stifa wciąż zachwycała pięknem swych krajobrazów. Ze szczytów wysokich gór doliny wyglądały jak pokryte zielonym dywanem, który tak naprawdę był monstrualną dżunglą, zamieszkaną przez równie gigantyczne stworzenia. Duża zawartość tlenu w dolnej części atmosfery potrafiła czynić cuda. Ludzie zawładnęli górami, których klimat i powietrze bardziej im sprzyjały. Już jako dziecko Aikon zachwycał się bajecznymi miastami w chmurach i od tamtej pory niewiele się zmieniło. Szkoda tylko, że nie mógł tu gościć w bardziej sprzyjających warunkach. Ileż by Aikon dał, by powrócić do czasów, w których czerpał z życia radość całymi garściami. Niestety było to niewykonalne, ale istniała jeszcze szansa, na odzyskanie utraconego szczęścia i znajdowała się właśnie tutaj. Niestety okupiona hańbą.
Choć na Stifie Aikon nie miał aż takich uprawnień, jak we własnym kraju, wciąż potrafił zdziałać wiele. Dziwnie się czuł w przebraniu więziennego strażnika, biel jakoś tu jego zdaniem nie pasowała, ale to było teraz najmniej istotne.
- Mam pamięć do twarzy – rzucił Izizij, gdy Aikon wszedł do jego celi. - A tą na pewno gdzieś już widziałem.
- Owszem, widziałeś. - Komandor zdjął z głowy białą chustę. - I lepiej ciesz się, że widzisz ją znowu, bo to twoja jedyna szansa, żeby stąd wyjść.
- Naomici cię przysłali? Jestem im potrzebny, zgadza się? - Izizij nie krył dumy.
- Przysłali, czy nie... nie robię tego dla nich, robię to dla siebie. Mieliśmy umowę, pamiętasz?
- Jakby to było wczoraj.
- Doskonale, bo jeśli się z niej nie wywiążesz, to nawet naomici nie powstrzymają mnie przed tym, by urwać ci łeb. Nie mam zbyt wiele czasu, więc lepiej współpracuj, bo możesz zyskać wiele, albo stracić wszystko.
Myśl, że wyświadcza naomitom ogromną przysługę doprowadzała Aikona do wściekłości, ale inna droga już nie istniała. Chciał po prostu przeżyć.


Tak drastyczna zmiana pracy sprawiła, że Derks poczuł się nieswojo. Spędzanie ogromnych ilości czasu w pozycji siedzącej było dla niego wręcz nie do pomyślenia, dlatego co chwilę przechadzał się po pokoju, co zdecydowanie pomagało w obmyślaniu strategii, które zlecił mu Szef. Od czasu do czasu Derks robił przerwę na pompki, przysiady i inne proste ćwiczenia, dzięki którym czuł, że jest jeszcze sobą.
- Czy to aby dobry pomysł? - usłyszał nieśmiały głos Bubamary i odepchnął się rękami od podłogi, błyskawicznie wstając dzięki sile swych mięśni.
Derks zauważył, że asystent niesie mu miskę pełną jakiejś parującej cieczy.
- Mieszanka ziół, którą sam wymyśliłem – wyjaśnił Bubamara, kładąc miskę na biurku. - Pomaga na wszystko.
- Zapewniam cię, że czuję się świetnie – zaznaczył stanowczo Derks, rozciągając się po krótkim treningu. - Wiem co mi wolno, a co nie. Nie potrzebuję specjalnego traktowania, choć doceniam troskę.
Nawet gdy Derks usiadł i się napił, Bubamara nie spuszczał z niego wzroku, jakby wyczekując komentarza.
- Dobre – odparł krótko Derks, bez specjalnych emocji.
Na dźwięk tego jednego słowa asystent cały rozpromieniał, po raz kolejny pokazując w pełnej okazałości swoją przerwę między zębami. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, a młodzieniec nie przestawał gapić się na swego przełożonego.
- To dla mnie ogromny zaszczyt móc dla was pracować – rzekł z zachwytem. - Naprawdę, nie sądziłem, że kiedykolwiek trafi mi się tak wspaniała posada. Przysięgam, że będę wam dobrze służyć i was nie zawiodę.
Nawet opanowany i poważny Derks uśmiechnął się, gdy jego ego zostało połechtane.
- Skończyłeś Akademię Rokan? - spytał z ciekawości.
- Nie. Zdawałem tam, ale oblałem testy sprawnościowe. Skończyłem Przyrokańską Szkołę Przygotowawczą i wbrew temu, co wszyscy myślą, jestem z tego dumny.
- A co wszyscy myślą?
- No... jak wy uczęszczaliście do Akademii to nie mówiło się na tych z Przygotowawczej „odrzuty” albo „sługusy”?
- Niektórzy tak mówili, ale na pewno nie wszyscy. - Derks wziął kolejny łyk aromatycznego naparu, ku wielkiej radości Bubamary. - Czyli nie żałujesz, że nie dostałeś się do Akademii?
- To znaczy czasem troszkę żałuję. Zawsze ciekawiło mnie, jak to właściwie tam jest.
- Ciężko, bardzo ciężko – wyjaśnił z powagą Derks, opierając się o tył swojego fotela. - Wielu rezygnuje w trakcie, wielu nie przechodzi przez egzaminy.
- To co się tam takiego robi?
- Trenuje od świtu do zmierzchu. Za każdym razem, gdy wydaje ci się, że już więcej nie możesz, że jest to fizycznie niemożliwe, oni wyznaczają ci coraz trudniejsze zadania, a ty albo się poddajesz, albo przełamujesz bariery, o których kiedyś nawet ci się nie śniło.
- Łał... - Bubamara rozszerzył oczy z zafascynowaniem. - To co było najtrudniejsze?
- Poza egzaminem końcowym, to bez dwóch zdań próba izolacji.
- Próba izolacji?
- Po trzech latach treningu wywożą cię samego do dżungli z bardzo ograniczonym sprzętem. Masz przetrwać samotnie cały czerwony miesiąc, radząc sobie z drapieżnikami i innymi rzeczami, które przyprawiają o dreszcze.
- Ale chyba was jakoś monitorowali, no nie?
- Owszem, można zrezygnować w każdej chwili, ale to oznacza pożegnanie się z Akademią na zawsze. Większość osób nie wytrzymuje i ja sam byłem gotów się złamać. Pamiętam, że wiele razy przeklinałem dzień, w którym zdecydowałem się dostać do Akademii i za każdym razem, gdy byłem już tak totalnie zdesperowany, by wręcz błagać, by to wszystko się skończyło, coś mi się w głowie odzywało... Jakiś taki wewnętrzny głos... że nie po to się tyle męczyłeś, żeby teraz się poddać.
- Kurcze, wy to musicie mieć ducha walki.
- Każdy go ma, tylko czasami coś go tłamsi.
Rozmowę przerwał dźwięk rozsuwanych drzwi, w których stał Tom McMahon. Ziemianin wszedł niepewnie do środka i spojrzał na obu mouków.
- Przeszkadzam? - spytał przezornie.
- Nie, chodź – zaprosił Derks. - Bubamara, przynieś mu jakieś krzesło.
Gdy Tom mógł już wygodnie usiąść, Derks oddał miskę asystentowi, a ten zostawił ich samych.
- Mówiłeś, że gdybym potrzebował pomocy, to mogę przyjść, więc właśnie to zrobiłem – wyjaśnił Ziemianin. - Chodzi o tą osobę, której mam pomóc znaleźć inną osobę... Nie będę owijać w bawełnę, ta pielęgniarka Anu chce znaleźć męża, który z jakiegoś powodu trafił na Mlok. A ona tu przyleciała za nim. To znaczy właśnie nie wie, gdzie on dokładnie jest i czemu odszedł bez słowa. Wie tylko, że przyleciał na Mlok i że zostawił jej masę kasy. Może to ma jakieś znaczenie. Dała mi to. - Tom wręczy Derksowi zdjęcie. - I pomyślałem, że można by sprawdzić monitoring na lotniskach, ale nie mam do tego dostępu.
- Cóż, niby nie ma przestępstwa, więc teoretycznie nie powinienem.
- Ale Anu jest jedną z nas. Pomaga nam.
- No szkód raczej to nie narobi, mogę spróbować, ale dowiedz się, jakim konkretnie promem leciał, bo to znacznie zawęzi pole poszukiwań.
- Ogromne dzięki. - Tom wstał i ukłonił się enisyjskim zwyczajem.


- Podoba ci się ta nowa praca? - spytał Chen, pomagając Derksowi wyciągać zamówione produkty z tuby przesyłowej.
- Jeszcze nie wiem – westchnął mouk, wyjął ostatnią paczkę żywnościową z tuby i zamknął przesłonę.
Weszli do kuchni i zaczęli wypakowywać jedzenie z paczek. Derks nie gotował zbyt dobrze, ale czasem Chen mu pomagał i razem byli w stanie stworzyć całkiem niezłe dania. A do tego mogli wspólnie spędzić czas.
- Dostałem przepustkę na Ziemię, aż trzy tygodnie... Jeden szary miesiąc, znaczy się – oznajmił geolog, czyszcząc warzywa. - Szkoda, że nie mogę wziąć cię ze sobą.
- Trochę czasu dla siebie dobrze ci zrobi – odparł Derks i zajął się przygotowaniem swojego ulubionego koktajlu.
- Pewnie spotkam się z Garethem i Joanną. Mogę im powiedzieć o dziecku?
- Mów, komu chcesz, to już nie tajemnica.
- Właśnie tak sobie pomyślałem, że mógłbym kupić dla niego na Ziemi jakąś zabawkę.
- Na Mloku też mamy zabawki, wiesz?
- Ale chciałbym, żeby miało coś ziemskiego.
Pracę nad posiłkiem przerwało energiczne pukanie do drzwi. Chen spojrzał pytająco na mouka, ale sądząc po zaskoczonej minie, Derks chyba również nie spodziewał się gości. Bumaga lubił wpadać bez zapowiedzi, ale on nigdy nie pukał. Po prostu wchodził, więc na pewno było to ktoś inny.
Zmieszany Derks przepłukał dłonie i ruszył do przedpokoju, Chen tuż za nim. Gdy drzwi się rozsunęły, Ziemianin zdał sobie sprawę, że to tylko zwykły, niemłody już mouk. Wysoki, szczupły, siwiejący, z pociągłą twarzą o zadziwiająco znajomych rysach. Jego przypominające kalosze buty były nieco zabłocone, ale na szczęście zdjął je, nim wszedł do środka.
- Oto jestem. Niespodzianka – przemówił nieznajomy z zaskakującą serdecznością i dopiero teraz Chen zauważył, jak zszokowany jest Derks.
Wszyscy stali w milczeniu. Ziemian obserwował obu mouków i czekał, aż któryś z nich cokolwiek wyjaśni, ale najwyraźniej Derksowi odebrało mowę, bo choć otworzył usta, nic się z nich nie wydobyło. Za to starszy mouk przeniósł wzrok na Chena i dokładnie się mu przyjrzał.
- To on? Ten Ziemiowianin, czy jak ich tam nazywacie? - spytał ze spokojem.
- Kim jesteś? - Chen nie wytrzymał, choć starał się brzmieć grzecznie.
- Trofoks – skłonił się mouk.
- To moja matka – wypalił wreszcie Derks i wcale nie brzmiał radośnie.
- Och... - Geolog oblizał nerwowo wargi. Zreflektował się i pokłonił. - Chen Li.
- Czemu tak nagle... Skąd tyle wiesz? - spytał Derks z wyraźnym zdenerwowaniem.
- Ormiks się ze mną skontaktował. Powiedział, że jesteś w ciąży. To chyba oczywiste, że chciałem się z tobą zobaczyć – wyjaśnił Trofoks i wszedł w głąb apartamentu. - Ładnie tu. Zakładam, że dobrze ci się wiedzie.
- Oczywiste? Nie przyjechałeś nawet, gdy Ormiks ukończył szkołę – syknął Derks. - Przez te wszystkie lata wolałeś siedzieć w dżungli i katalogować zwierzaki, więc skąd miałem się domyślić? Mogłeś chociaż uprzedzić!
- Te hormony muszą ci nieźle dawać w kość. Zawsze byłeś taki spokojny. - Trofoks jak gdyby nigdy nic usiadł przy stole.
Nietrudno było zauważyć, że Derks próbuje utrzymać swoje rozchwiane emocje na wodzy, bo zacisnął pięści i zazgrzytał zębami.
- Przyniosę coś do picia. - Chen zdecydował się na chwilową ucieczkę.
Na szczęście Derks zdążył przygotować koktajl, więc gdy tylko Ziemianin znalazł się w kuchni, wyjął zestaw miseczek i duży dzbanek. Okazać gościnę i robić dobrą minę do złej gry – to jedyne, co obecnie przychodziło Chenowi do głowy. Czuł się niezręcznie, bardzo niezręcznie. Cała sytuacja zdawała się przedziwna i wręcz nienaturalna, ale życie na obcej planecie obfitowało w niespodzianki.
- Proszę, koktajl z owoców poni-poni, nasz ulubiony... - rzekł Chen z zakłopotaniem, położył wszystko na stole i usiadł.
Jedno dodające otuchy spojrzenie Ziemianina sprawiło, że i Derks nieco się rozluźnił i zajął swoje miejsce przy stole.
- To on cię zaciążył, prawda? - Trofoks bezceremonialnie wskazał na Chena.
- Owszem – odparł Ziemianin, tym razem z większą pewnością siebie i podał starszemu moukowi pełną miskę.
- To tak się da?
- No najwyraźniej, skoro tak się stało – mruknął z sarkazmem Derks.
- Mieszkacie razem? - padło kolejne pytanie.
- Nie – rzucił Chen, krzyżując ramiona. - Ale jesteśmy przyjaciółmi. Bardzo dobrymi przyjaciółmi.
- W to nie wątpię – odparł z przekąsem Trofoks i spojrzał na swojego potomka. Niespodziewanie położył swoją dłoń na jego dłoni. - Rozumiem twój gniew, Derks. Nigdy nie byłem wzorem rodzica, wiem o tym. I wcale nie przyjechałem po to, by prawić ci morały. Będziesz żyć tak, jak uznasz za słuszne. Ja tak zrobiłem. Czy postąpiłem dobrze? Ciężko powiedzieć, ale faktem jest, że ty i Ormiks radzicie sobie świetnie. Jestem z was dumny. Naprawdę. Zawsze byłem. A teraz mam kolejny powód do dumy.
Chen bacznie obserwował obu mouków. Widział szczery uśmiech na twarzy Trofoksa i opuszczające Derksa zdenerwowanie.
- Przyjechałem, bo chciałem się z tobą zobaczyć i dowiedzieć, czy mogę w jakiś sposób ci pomóc – podsumował Trofoks.
- Pomóc w czym? - spytał niepewnie Derks.
- Nie wiem... może masz jakieś pytania... Może chciałbyś mi się z czegoś zwierzyć...
- Wszystko jest w porządku... - wydusił niepewnie młodszy mouk i zabrał rękę ze stołu. - Ale dziękuję...
Chen odetchnął z ulgą. Wszystko wskazywało na to, że uda się uniknąć wielkiego, rodzinnego dramatu. Decydując się na pracę na obcej planecie geolog raczej nie oczekiwał, że jego życie zacznie przypominać telenowelę, więc uczucie niezręczności całkowicie nie minęło. Chen miał tylko nadzieję, że przy najbliższym spotkaniu Derks nie zabije Ormiksa.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Zboczone meme

"Wyzwania" się piszą, ale na razie powoli, bo muszę sobie zrobić trochę przerwy na regenerację pomysłów. Jednak, żeby umilić wam czas postanowiłam wrzucić coś, co kiedyś pojawiło się na Polskiej Bazie, ale jakoś o tym zapomniałam i nigdy nie umieściłam tego na blogu. A w sumie czemu nie. Uwaga... oto...

 ISET - zboczone meme (możliwe spoilery, jeśli ktoś nie czytał całości)

1. Joanna
2. Gareth
3. Hilda
4. Chen
5. Abz
6. Iku
7. Ib
8. Rinan
9. Derks
10. Kelly
11. Tom
12. Jonathan

1.Jakie byłyby Twoje odczucia, gdyby 7/8 było w kanonie?
Eno, myślałam, że wyjdzie coś głupiego, a to... To by było nawet dobre! Hilda wreszcie miałaby dobry pretekst, żeby urządzić sobie bitch fight z Rinan. Wszyscy lubią bitch fight. A Ib... pewnie by za wszystko przeprosił i wrócił do Hildy z podkulonym ogonem. Telenowelowate s-f to coś, co vampircie lubią.
2.Co by się stało, gdyby 12 zrobił dziecko 8 (albo w drugą stronę, jeśli miałoby to więcej sensu)?
Albo wyszedłby ćwierćmeksykaniec albinos, albo ładnie opalony Anahibianin z endermanimi ślepiami.
3.Czy 2 i 6 tworzyliby dobrą parę?
Idealną:3
4.5/9 czy 5/10?
Zdecydowanie to drugie. Przecież Abz nie jest w typie Derksa.
5.Co by się stało, gdyby 7 natknął się na 2 i 12 uprawiających seks?
Chwila, muszę to sobie zwizualizować... Chwila... Wizualizuję... wizualizuję... Jeszcze... Kurcze, fajnie się wizualizuje... Tak, zdominuj tego latynoskiego ogiera. Niech se nie myśli, że ciemna karnacja daje +10 do bycia macho... Wchodzi Ib, gapi się przez chwilę z tępym wyrazem twarzy i mówi: „Ale dziwni ci Ziemianie.”
6.Napisz streszczenie potencjalnego ff 3/10
Hilda i Kelly zostają porwane przez eneferców (NFR – najwyższa faza rozwoju, Lem się kłania), którzy okazują się wielkimi fanami przygód załogi Spacedivera i śledzą jej poczynania od samego początku. Ale okazują się też shipować pairing HildaxKelly, więc majstrują im w umysłach, żeby zaspokoić swoje chore zachcianki, ale przychodzi król eneferców i przykładnie każe niesfornych poddanych, bo majstrowanie w umysłach istot niższych jest nielegalne. Oddaje Hildę i Kelly na statek, wymazując im wspomnienia, więc jest tak, jakby się nic nie stało.
7.Zaproponuj tytuł dla fika typu hurt/comfort 7/12.
„Wróć do mnie, śnieżynko”
8.Jakiego narzędzia literackiego/wątku fabularnego użyłabyś, aby 4 rozdziewiczył 1?
Prościzna: alternatywna rzeczywistość. Chen znajduje urządzenie umożliwiające podróże między wymiarami. Trafia do rzeczywistości, gdzie on i Joanna są świeżo poślubioną parą Amiszów, która nie skonsumowała jeszcze związku (tak, w tej rzeczywistości są też Chińczycy Amisze). Ponieważ Amiszowy odpowiednik Chena tuż po ślubie zostaje śmiertelnie potrącony przez furmankę, nasz bohater postanawia zająć jego miejsce, by ulżyć Joannie w cierpieniu... i ją przy okazji przelecieć.
9.Co 7 mógłby krzyczeć szczytując?
„Na święte lodowce!” No bo niby co innego? Wszyscy Anahibianie tak robią, tak samo jak wszyscy Ziemianie krzyczą „O mój Boże!” Nie wiedzieliście? Oj, same prawiczki na tym forum.
10.Gdybyś pisała songfika o 3, jaką piosenkę byś wybrała?
„Du Hast”
11.Jeśli napisałabyś fika 1/6/12, jakie byłyby ostrzeżenia?
Uwaga: strap-on, xeno plus technobełkot
12.Dobra strategia podrywu dla 10 do użycia na 2?
„Rudość może poważnie odbić się na twojej psychice. Ale znam dobrą terapię.”
13.Jaki jest najbardziej skrywany fetysz 6?
Zakładanie piżamy na noc.
14.Czy 11 poszedłby do łóżka z 9? Na trzeźwo czy po pijaku?
Na trzeźwo ni cholery. Tylko nieprzytomnego Derksa dałoby się wyruchać (chyba, że jest się wiadomo kim). Ale gdyby Tom był naprawdę zdesperowany, to mógłby użyć szantażu. Ze swoim słuchem pewnie znał najmroczniejsze sekrety wszystkich załogantów.
15.Jeśli 3 i 7 byliby parą, kto (najczęściej) byłby na górze?
Ale... ale oni są parą... No wiadomo, że Hilda.
16."1 i 9 tworzą szczęśliwy związek, dopóki 9 nie odchodzi nagle do 4. 1 ma złamane serce. Ładuje się w jednonocną przygodę z 11 i krótki, nieszczęśliwy romans z 12. Ostatecznie, dzięki mądrej radzie 5, odnajduje prawdziwą miłość w osobie 3." Jak zatytułowałabyś tego fika?
„Zostać żeńskim Jackiem Harknessem – historia prawdziwa”
Wymień trzy osoby, które mogłyby to Twoim zdaniem przeczytać.
Mir, Preity i mój dziadek.

niedziela, 20 grudnia 2015

Coś świątecznego

Dosłownie nagle przyszedł mi pomysł na patyczkowy komiks o tematyce świątecznej. Ponieważ biedny Abz ostatnimi czasy popadł w zapomnienie, postanowiłam, że tym razem komiks będzie całkowicie o nim. I uwaga, jest... w KOLORZE! Zatem klikajcie w link poniżej i cieszcie się tą krótką historyjką.

Świąteczny odcinek specjalny

czwartek, 17 grudnia 2015

Wyzwania, Rozdział X

Rozdział X

Spalarnia była ulubionym miejscem wywronów, a praca tu należała do wysoko cenionych. Ciepło bijące od ognia zapewniało komfort dniem i nocą, a Ist należał do szczęśliwców, którzy mogli się nim delektować. Przed rozpoczęciem zmiany jak zwykle udał się na tyły spalarni, by dodać sobie trochę animuszu. Nie wiedział, z czego powstawały tutejsze proszki pobudzające, ale ważne, że działały. Wywron otworzył więc pudełko i powąchał tajemniczą substancję.
- Jesteś Ist, prawda? - usłyszał głos za plecami i odwrócił się zirytowany faktem, że ktoś mu przerywa.
- Tak, a co? - mruknął w stronę nieznajomego wywrona.
Odpowiedzią okazał się potężny prawy sierpowy, który zwalił Ista z nóg.


Światło latarki skierowane prosto w twarz sprawiło, że Ist zaczął powoli odzyskiwać świadomość.
- Za mocno go walnąłeś, Sys. – Więzień usłyszał głos kobiety.
- Nie, popatrz, już się budzi.
Dookoła panował mrok, nie licząc latarni majaczącej w oddali. Ist próbował się poruszyć, ale nie mógł, więzy skutecznie mu to uniemożliwiały. Spanikował.
- Współpracowałeś z naomitami? Chcemy wiedzieć wszystko – przemówił groźnie Sys.
- Kim jesteście? - jęknął Ist.
- Odpowiadaj! - Młodszy wywron znowu zdzielił go w twarz.
- Uważaj, Sys, nie chcemy, żeby znowu stracił przytomność. - Głos trzeciej postaci był słaby i łamiący się, jak u osoby toczonej przez plagę.
- Wszystko w porządku, dowódco? - zaniepokoiła się kobieta.
- Wiemy, kim jesteś, Ist, więc gadaj, co wiesz o naomitach, to pozwolimy ci odejść w jednym kawałku – syknął wywron. - Gdzie wywoziłeś tych wszystkich imigrantów? Z kim miałeś konszachty? Nazwiska, nazwiska, nazwiska! Konkrety! Kto i po co z tobą współpracował?! Jakie kłamstwa tłukłeś naszym rodakom do głów i czemu?!
- To nie takie proste... - wydukał Ist. - Jak się dowiedzą, że to wyszło na jaw... bękną za to moi wspólnicy.
- Teneri, zajrzyj mu do umysłu... Nie mamy czasu na zabawy... - wydusił z siebie dowódca.
- W porządku, ale to może trochę potrwać. Im większa różnica genetyczna, tym trudniej.
- Dasz radę.


Pełnienie warty w nocy okazało się trudniejsze, niż początkowo Tom przypuszczał, bo na moment mu się przysnęło. Ziewnął, przetarł oczy i serce prawie wyskoczyło mu z piersi, gdy spojrzał na holograficzny obraz z satelity noktowizyjnego.
- Broko, wstawaj! - potrząsnął towarzyszem. - Szefie! - krzyknął do mikrokomunikatora. - W waszą stronę zmierzają właśnie trzy wozy pełne uzbrojonych ludzi!
- Ile mamy czasu? - stęknął Derks.
- Ja wiem, dwie minuty, może trzy. Mamy was zgarnąć?
- Poczekajcie... Teneri sonduje Istowi umysł... Dajmy jej szansę.
- A jeśli nie zdąży?
- Weźmiemy Ista ze sobą.
- Zabronili nam!
- Nie opuścimy z nim planety... Weźmiemy go do waszej kryjówki.
Tom raz jeszcze spojrzał na obraz z satelity, nerwowo oblizał wargi i otarł pot z czoła. Że też nie zareagował wcześniej. Był wściekły i zestresowany.
- Szefie... - przełknął ślinę. - Energii starcza na trzy skoki na dobę. Skok po was, do kryjówki, z powrotem do koloni odesłać Ista i na statek... to już cztery. Teoretycznie moglibyśmy odczekać dobę w kryjówce, ale... twój głos, przyspieszony oddech... Słyszę nawet jak serce ci łomocze. Jesteś w złym stanie, nie możemy zwlekać.
- Stać! Jesteście otoczeni! - Uszu Toma doszedł głos Elo Ibry i ryk silnika. - Od samego początku wydaliście się mi podejrzani. Kto was przysłał? Policja? Wywiad? Albo zabierzecie mnie i moich ludzi z tego piekła albo to my zgotujemy wam piekło! Wybierajcie!
Nie było już czasu na rozmowy. Tom postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Nie sądził, by Derks był jeszcze w stanie podejmować jakiekolwiek trzeźwe decyzje. Działo się coś bardzo złego.
- Broko, bierz broń, okulary noktowizyjne i ustawiaj współrzędne. Ja teleportuję się za ten barak, a ty za ten. - Tom wskazał na mapę. - Weźmiemy ich z zaskoczenia. Teraz liczy się tylko to, żeby zabrać naszych z tego szamba.
Broko nie protestował, liczyła się każda sekunda. Dokonali skoku praktycznie od razu. Światło reflektorów pojazdów, padające prosto na przyłapanych agentów rozświetlało czerń nocy i nawet nieco raziło przez okulary noktowizyjne, ale Tom skupił się na uzbrojonych celach. Zaczął zdejmować ich jeden po drugim, patrząc, jak padają od pocisków jego i Broko. Odpowiedzieli ogniem, ale Tom miał jeszcze asa w rękawie. Rzucił granat dymny i krzyknął przez komunikator:
- Najbliższy barak po lewej i najbliższy po prawej. Szybko!
Derks wyczołgał się z dymu. Tom natychmiast rzucił się w jego stronę. Ujrzał jeszcze Sysa i Teneri dopadających Broko. Wcisnął teleporter.


- Przepraszam, ale musiałem podjąć szybką decyzję – tłumaczył się Tom, zbierając sprzęt ze skrytki.
Dopiero, gdy znaleźli się na pokładzie statku zauważył, że Teneri ma przestrzeloną łydkę.
- To nic takiego – uspokoiła kobieta, widząc zmartwioną minę Toma.
- Szefie... - Ziemian spojrzał niepewnie na Derksa, który był blady, jak prześcieradło.
- Nie zbliżajcie się do mnie. To może być zaraźliwe – wydyszał mouk i chwiejnym krokiem poczłapał do kajuty.
- Trzeba powiadomić jednostkę. Muszą zorganizować kwarantannę – zauważyła Teneri.
- Ja się tym zajmę – zaoferował Broko i pobiegł na mostek.
- Dowiedziałaś się czegoś istotnego? - spytał Sys kobiety.
- Pogadamy jak już się skończy to całe zamieszanie.
Na szczęście dzięki technologii przywiezionej przez Ziemian podróż trwała bardzo krótko. Łydka Teneri została pobieżnie opatrzona, a Derks zamknął się w kajucie i nie chciał wyjść.
- Szefie, już jesteśmy na miejscu. Musimy się zbierać. - Tom zapukał w metalowe drzwi, ale nie uzyskał odpowiedzi.
W tej sytuacji czekanie na przyzwolenie nie miało już najmniejszego sensu. Tom otworzył drzwi i wszedł do środka. Szybko zdał sobie sprawę, że jest gorzej, niż myślał. Derks leżał zgięty w pół i dyszał, blady i cały spocony. Bez zbędnego zastanawiania się Ziemianin podbiegł do niego i dotknął jego czoła. Dowódca był rozpalony.
- Złap się mnie, pomogę ci wyjść – szepnął Tom.
W tej chwili nie obchodziło go, czy może się czymś zarazić. Interesowało go tylko dobro przyjaciela, który ewidentnie potrzebował pomocy. Z wielkim niepokojem i bólem serca Tom wyprowadził go ze statku. Czuł się tak, jakby wracali z bitwy zakończonej klęską. Teneri kulała, wspierając się na ramieniu Sysa, Derks powłóczył nogami prowadzony przez kolegą, a wszyscy, którzy ich powitali mieli na sobie skafandry ochronne. Sanitariusze przybiegli w samą porę, bo Tom czuł jak oparty o jego ramię Derks robi się coraz cięższy. W pewnym momencie mouk osunął się całkowicie i gdyby Ziemianin nie chwycił go pod ramiona, upadłby na podłogę.


Obrazy z planety Piekło wciąż tańczyły przed oczami, jak świeże, gdy świadomość powracała powoli do umysłu Derksa. Każdy zmysł jednak podpowiadał moukowi, że coś się zmieniło. Łóżko było wygodne, pościel miękka, a powietrze wilgotne, pachnące lekarstwami. Derks otworzył oczy i ujrzał znane mu ambulatorium, zadowolony, że może wreszcie oddychać mlokańską atmosferą.
- Jak się czujesz, Derksiu? - Bumaga siedział obok na stołku. Uśmiechał się.
Derks również się uśmiechnął. Skoro jego przyjaciel nie nosił skafandra ani maski, to oznaczało, że niebezpieczeństwo minęło.
- Czuję się naprawdę dużo lepiej – zauważył zaskoczony Derks i podniósł się nieco. Jakże lubił te nowoczesne łóżka, które dopasowywały się do położenia ciała.
- Merike, chodź tu. Ocknął się – rzucił Bumaga przez komunikator.
- A moi ludzie?
- Wszystko w porządku. Teneri opatrzyli ranę, nie ma czym się stresować.
Skoro pozostali mieli się dobrze, to Derksowi naprawdę ulżyło. Ciekawiło go, co udało się wydobyć Teneri z umysłu Ista, ale to na razie mogło poczekać. Czuł się jeszcze nieco osłabiony, więc przede wszystkim musiał odzyskać formę. Liczył na to, że Merike da mu coś na wzmocnienie i jak najszybciej wypuści, ucieszył się więc, gdy lekarz wszedł do środka.
- No i jak się czujesz? - spytał mężczyzna z dziwnym zaciekawieniem.
- Bardzo dobrze. Tylko muszę trochę odpocząć.
- Czyli lekarstwo zadziałało. - Merike zatarł ręce. - Ha, mówiłem, że zadziała! A nie jestem w tym nawet specjalistą.
Specyficzne zachowania Merike nie były dla Derksa niczym nowym, ale tym razem mouk poczuł się trochę zbity z tropu.
- To co mi w końcu było? - spytał niepewnie.
Lekarz spojrzał na Bumagę z mieszanką zaskoczenia i rozczarowania.
- Nie powiedziałeś mu? - wypalił.
- Przecież to ty jesteś lekarzem. Kiepskim, bo kiepskim, ale jednak.
Początkowa radość ustąpiła miejsce irytacji. Derks zmarszczył brwi. Miał złe przeczucie, że wcale nie został wyleczony.
- Co mi dolega? - wycedził.
- Nic ci nie dolega. Będziesz miał derksiątko – palnął Merike z podejrzaną beztroską.
Pokrętna forma przekazu jakoś w ogóle do Derksa nie dotarła i mouk zrobił jeszcze bardziej zmieszaną minę.
- Jesteś w ciąży hybrydowej, przez co ziemskie geny dały ci w kość i dlatego źle się poczułeś – wyjaśnił Bumaga jednym tchem.
Derks najpierw popatrzył na niego, potem na Merike, aż w końcu utkwił wzrok w pościeli zamyślając się na moment. Zacisnął dłonie na prześcieradle i spiorunował lekarza spojrzeniem.
- Powiedziałeś mi kiedyś, że moukowie nie mogę krzyżować się z ludźmi – wymamrotał.
- No tak, ale wtedy nie wiedziałem o istnieniu Ziemian, których jest dużo rodzajów i niektóre najwyraźniej są z wami genetycznie kompatybilne. W sumie to fascynujące – odparł beztrosko Merike, drapiąc się po brodzie.
- Wyjdźcie – mruknął Derks. Nastała kompletna cisza i brak jakiejkolwiek reakcji. - Wyjdźcie! - Mouk podniósł głos.
Bumaga chwycił Merike pod ramię i wyprowadził z sali.


Gdy tylko znaleźli się na osobności, Bumaga zdzielił lekarza w tył głowy.
- Auć! Za co? - jęknął Merike.
- Choć raz mogłeś zachować się profesjonalnie! - huknął mouk. - Jak mogłeś pierdolić takie głupoty w takiej chwili?
- Przecież powiedziałem prawdę.
- Nie chodzi o to co powiedziałeś, tylko jak to powiedziałeś.
- Myślałem, że się ucieszy.
- I właśnie dlatego mnie wkurzasz. W ogóle nie rozumiesz jak się czują pacjenci. Jesteśmy dla ciebie jak zwierzątka laboratoryjne!
- Przepraszam. - Merike zwiesił głowę. - Ja naprawdę nie chciałem źle. Lubię Derksa, jego dobro jest dla mnie ważne.
- To daj mu na razie spokój. Idź się czymś zająć.
- A jak zrobi coś głupiego?
- Nie zrobi, znam go.
Bumaga odetchnął z ulgą, gdy wreszcie pozbył się niesfornego lekarza. Teraz musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Może i Derks czuł się już lepiej, ale jego stan emocjonalny pozostawiał wiele do życzenia. Potrzebował przyjaciela, kogoś, na kim można polegać, a Bumaga nigdy nie zostawiłby go w potrzebie. Na początek chciał Derksowi poprawić czymś humor, więc ruszył do kantyny.
- Hej, komandorze! - Głos Toma nie zwiastował niczego dobrego. Jedynie niepotrzebne pytania, na które Bumaga nie miał ochoty odpowiadać. - Komandorze, co z Derksem? - Ziemianin praktycznie zastąpił mu drogę.
- Nic mu nie jest. Nie masz się czym martwić – mruknął beznamiętnie mouk.
- Czyli to nie było nic poważnego?
- Idź do domu. Jak odpocznie, to sam z tobą pogada.
- Ale...
- Idź do domu. To rozkaz. - Bumaga wyminął skonsternowanego Ziemianina i przyspieszył kroku.
Na szczęście nikt już go nie zaczepiał. Wszedł do kantyny, chwycił dwa koktajle poni-poni i wrócił do ambulatorium.
- Mogę wejść? Jestem sam. - Zapukał.
Usłyszał tylko niepewny pomruk, ale mimo to wsunął się do środka.
- Twój ulubiony. - Bumaga postawił koktajle na stoliku, ale Derks nie zwrócił na to uwagi.
Siedział z brodą opartą o kolana i wyglądał na pogrążonego w myślach. Do tego bardzo zatroskanego. Bumaga westchnął i usiadł przy nim na łóżku.
- Jesteś wściekły? - spytał, kładąc czule dłoń na głowie przyjaciela.
- To nie wina Merike. Niczyja wina – wydukał Derks.
- Masz mętlik w głowie, rozumiem to. Ale nie martw się, wszystko się poukłada – zapewnił Bumaga, głaszcząc Derksa po głowie.
- Nie tak miało być. Miałem poświęcić życie służbie królowi.
- Poświęcić życie? Jak dziwnie to brzmi. A co z twoim własnym?
- Sam mnie do tego namawiałeś.
- Namawiałem cię do wykorzystania twojego talentu, a nie zrezygnowania z całego prywatnego życia na rzecz jakichś górnolotnych idei. Nawet agenci mają rodziny, Derks. Nawet niektórzy komandorzy.
- Nie wiem... Nie wiem już czego chcę... - Derks położył się na boku i zwinął w kłębek.
- Ale wiem, czego ja chcę. Chcę, żebyś był szczęśliwy. I daję ci słowo, że będziesz. - Bumaga nachylił się nad przyjacielem. - Daj sobie trochę czasu. Pewnych spraw nie da się ogarnąć w jeden dzień. Na razie poza mną, Merike i szefem nikt nic nie wie, więc możesz się na spokojnie zastanowić, jak chcesz to rozegrać. Po prostu nie działaj pochopnie. A jeśli uważasz, że coś cię przerasta, to pamiętaj, że masz jeszcze mnie, Ormiksa i Chena.
Na dźwięk ostatniego imienia Derks wyraźnie się spiął.
- I to mnie właśnie przeraża. To jak może zachować się Chen. Znając jego pochodzenie, pewnie będzie chciał przejąć kontrolę – wymamrotał.
- Co nie zmienia faktu, że ma prawo wiedzieć.
- A jeśli stwierdzę, że jednak nie chcę tego wszystkiego?
Bumaga napił się koktajlu i wziął głęboki wdech. Nawet dla niego rozmowa nie należała do łatwych. Spojrzał na skulonego Derksa, utwierdzając się w przekonaniu, że dla niego zrobiłby wszystko. Nawet wyjawił swoje najskrytsze tajemnice.
- Opowiem ci historię. Niewielu ją zna. - Podparł się rękami o łóżko i na moment spojrzał w sufit, zbierając myśli. - W Akademii nie mieli ze mną lekko, byłem zdeprawowanym gówniarzem. Robiłem rzeczy, które może uszłyby w stolicy, ale na pewno nie tam. A już na pewno nie zachowywałem się jak na młodzieńca z Północnych Rubieży przystało. Niewiele wtedy myślałem, chciałem jedynie zaspokajać swoje najprymitywniejsze potrzeby. Miałem szesnaście lat, kiedy wpadłem i nawet nie wiedziałem z kim.
Derks momentalnie się wyprostował i spojrzał na Bumagę z niedowierzaniem.
- Wpadłeś? Chcesz powiedzieć, że byłeś w ciąży? - wypalił.
- Owszem. To był wielki skandal i chcieli mnie wydalić z Akademii.
Ciekawość wzięła górę i Derks usiadł.
- I co się stało?
- Komandor Hap-Di-Dap wstawił się za mną. Widział we mnie potencjał i nie chciał, bym go zmarnował przez jeden błąd. Wysłał mnie do lekarza, a ten zakończył wszystko farmakologicznie. W gruncie rzeczy dobrze się sprawy potoczył. Wtedy to była właściwa decyzja, a ja dostałem nauczkę i zmądrzałem. Sęk w tym, że już nigdy nie dostanę drugiej szansy i czasem zastanawiam się, jakby to było, gdybym wtedy jednak podjął inną decyzję. Czy sprawy potoczyłyby się lepiej? Tego wiedzieć nie mogę. Ja wtedy byłem tylko głupim gówniarzem, ale ty jesteś dorosły i odpowiedzialny, a do tego masz osoby, na które możesz liczyć. Potraktuj to jako szansę, a nie jak problem. Pomyśl sobie, jakie niesamowite będzie to dziecko, mając takich wyjątkowych rodziców.
Derks legł na łóżko i westchnął przeciągle.
- Potrzebuję urlopu – rzucił.
- Załatwię ci go tyle, ile będzie trzeba.


Na konferencji zebrało się wielu ważnych członków wywiadu, ale cała uwaga skupiała się na Teneri, do której należało w jak najbardziej szczegółowy sposób przedstawienie zdobytych informacji.
- Bez wątpienia Ist współpracował z naomitami. Płacili mu za podsycanie niezadowolenia u swoich i namawianie do opuszczenia planety – mówiła. - Nie znał ich nazwisk. Celowo nie mówili mu wszystkiego, za pewne mając na uwadze możliwość inwigilacji. Nie udało mi się też uzyskać wyraźnego obrazu ich twarzy. Ale znam imiona jego wspólników, którzy wciąż są na wolności. Oni mogą wiedzieć coś więcej.
Rozpoczęły się burzliwe dyskusje na temat roli naomitów w tym całym spisku i kroków, które powinny zostać podjęte. Jednak Toma nie specjalnie to obchodziło. Bardziej interesował go fakt, czemu Derks nie pojawił się na tak ważnym zebraniu, skoro był już zdrowy. Ziemian próbował się skontaktować z nim w czasie przerwy, ale ten najwyraźniej wyłączył komunikator.
- Komandorze... - Tom ponownie zaczepił Bumagę. - Proszę wybaczyć mi wścibstwo, ale naprawdę chciałbym wiedzieć, co dzieje się z Derksem. Nikt nic nie mówi, nie widzieliśmy się z nim od momentu, w którym zabrali go sanitariusze. Nawet nie wydał nam dalszych rozkazów.
- Jest na urlopie – odparł ze spokojem Bumaga. - Ta misja bardzo go zmęczyła. Myślę, że wy również powinniście dostać kilka dni wolnego.
- Proszę mi powiedzieć prawdę, co z jego zdrowiem?
- Już mówiłem, wszystko w porządku.
- Ale co konkretnie się s...
- Ziemianinie! - Bumaga wyraźnie się zdenerwował. - Nie wiem jakie u was panują zwyczaje, ale tutaj nie omawiamy czyiś spraw zdrowotnych na forum publicznym. Derks wróci, to wtedy będziesz mu zadawać pytania.
Speszony Tom spuścił wzrok i oddalił się.


Morze przywodziło Tomowi na myśl dobre wspomnienia: wakacje, relaks, zabawę. Nic dziwnego, że gdy znalazł się w restauracji, do której zaprowadziła go Anu, poczuł niebywały spokój ducha. Przeważały tu błękity i zielenie, a drewniane meble kojarzyły się ze statkiem i miały wręcz rustykalny charakter. Jedyne, co Ziemianin wiedział o Lazurii, to fakt, że panowała tam bieda, ale, o dziwo, piosenki płynące z głośników brzmiały wesoło i pogodnie, choć Tom nie rozumiał słów.
- Wybierz dla mnie to, co uważasz za najlepsze. Ja zapłacę – zapewnił Ziemianin.
- Nie trzeba, odwdzięczysz się pomocą – zapewniła Anu. - Przy czym nie chcę, żebyś myślał, że jestem dla ciebie miła tylko dlatego, bo zgodziłeś się mi pomóc. Naprawdę się cieszę, że mogę ci choć trochę przybliżyć moją kulturę.
- Lepiej powiedz mi coś więcej o tym swoim mężu.
Anu wyjęła z torby zdjęcie i położyła przed Tomem.
- Jego pełne imię to Nono Szarinatis. Zawsze był dobrym człowiekiem. Trochę porywczym, ale dobrym. Nie mogę uwierzyć, że zrobił coś takiego.
Ziemianin przyjrzał się fotografii. Mężczyzna na nim wyglądał dość metroseksualnie ze starannie przyciętą brodą, która układała się w kształt wąskiego paska.
- Mówisz, że ostatni raz widziano go jak wsiadał na pokład promu. A co na Mloku? Przecież musi być jakiś monitoring na lotnisku.
- Władze nie chciały mi go udostępnić, bo nie popełniono żadnego przestępstwa. Próbowałam wypytywać ludzi, ale Enis to ogromne miasto – wyjaśniła z bólem kobieta.
- Może uda mi się dobrać do tego monitoringu.
Na dania nie trzeba było długo czekać. Ryby, które wylądowały na stole, wyglądały przepysznie, choć ich nazwy Tom jeszcze nie zapamiętał.
- Chwyć mnie za ręce i zamknij oczy. - Anu oparła łokcie o drewniany blat i wyciągnęła dłonie ku zaskoczonemu Ziemianinowi.
Z pewnym wahaniem Tom uczynił to, o co kobieta go prosiła.
- A teraz podziękujmy oceanowi – dodała Anu.
- Jak?
- Po prostu pomyśl to, co uznasz za słuszne.
Zwyczaj nie zniechęcił Toma, wprost przeciwnie, spodobał się mu. Gdy Anu puściła jego dłonie, Ziemianin otworzył oczy i ujrzał jej szczery uśmiech.
- Jedzmy – oznajmiła ochoczo kobieta.
Podobnie jak na Anahibi jadło się tu samymi palcami. Nie miało to dla Toma już żadnego znaczenia, gdyż ryba była absolutnie przepyszna.
- Och, brakowało mi czegoś takiego – westchnął Ziemianin w zachwycie. - Sam wychowałem się na wyspie, więc lubię takie potrawy. Co prawda nie mieszkałem przy samym morzu, ale jednak to gdzieś w człowieku siedzi.
- Lazuriańska kuchnia jest jedną z lepszych w tym kwadrancie, a do tego jest naprawdę zdrowa. Zdecydowanie smaczniejsza niż te enisyjskie mamałygi.
- Frytki byłby do tego perfekcyjne.
- Co to takiego?
- Kiedyś ci zrobię, to zobaczysz. Tylko muszę znaleźć coś podobnego do ziemniaków.
- Wiesz, Tom, myślę, że będziesz pasować do naszej społeczności – uśmiechnęła się Anu.
Jedli, rozmawiali, zarówno na poważne, jak i błahe tematy, przez co Tom wreszcie poczuł się jak w domu.


Po prysznicu we własnym mieszkaniu Derks nieco się odprężył. Otworzył na oścież okna i spojrzał na przepiękny widok przeplatających się mostów i tunelów niczym pajęczyna. Rzadko miał czas po prostu przystanąć i podziwiać własne miasto. Wyglądało monumentalnie w porównaniu z miejscowością, w której dorastał, ale Derks nie miał okazji go dobrze poznać. Zawsze pochłaniały go wszelkiego rodzaju misje, a życie prywatne schodziło na drugi plan. Czyżby to miało się zmienić? Właściwie mouk powinien się cieszyć, ale coś go w tej całej wizji przerażało i nawet sam do końca nie wiedział co.
Rozmowa z Bumagą pomogła, ale najbardziej Derks liczył na Ormiksa, dlatego go zaprosił. Starszy z rodzeństwa układał akurat kwiaty na stole, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, więc dokończył na szybko i poszedł wpuścić swego młodszego siostra. Serce Derksowi waliło jak przed jakimś ważnym egzaminem, zaś Ormiks zdawał się tego nie zauważać, usmiechając się jak zwykle.
- O, jakie ładne kwiaty. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak dopieszczałeś stół – zauważył młodzieniec.
- Musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie. Chodź... - Derks zaprowadził siostra do krzesła. - Koktajlu?
- Poproszę.
Usiedli, napili się i przez moment Derks zachodził w głowę jak w ogóle zabrać się za całą sprawę. Skąd ta trema? Jego niepokój został wreszcie zauważony przez siostra.
- Coś się stało? - odezwał się niepewnie Ormiks. - Dlatego mnie tak nagle zaprosiłeś?
- Nic złego się nie stało... Chyba... Nie jestem pewien... - Derks zaczął nerwowo bawić się palcami i przygryzł wargę.
- To znaczy? - zaniepokoił się młodzieniec. - Coś z misją?
Teraz albo nigdy.
- Jestem w ciąży.
- Co? - Ormiks zrobił wielkie oczy.
- Jestem w ciąży hybrydowej z Chenem. Myślałem, że tak się nie da, dlatego nie stosowaliśmy żadnych środków, ale jednak się da, no i wyszło jak wyszło – wydusił niemalże jednym tchem Derks.
Przez moment wpatrywał się w blat stołu, próbując trochę ochłonąć. Jakże wielkie było jego zaskoczenie, gdy poczuł oplatające się wokół niego ramiona. Ściskały go mocno i czule, a dłoń siostra powędrowała na czubek jego głowy.
- To wspaniale! Super! - wykrzyknął niespodziewanie Ormiks. Puścił Derksa i spojrzał mu prosto w oczy. Zagubione oczy. - Naprawdę świetnie! - Uściskał Derksa raz jeszcze.
- Czemu tak sądzisz?
- No bo będzie fajnie! Pomyśl tylko! - Ormiks położył Derksowi dłonie na ramionach. - Masz super opiekę medyczną więc pewnie wszystko pójdzie dobrze. Do tego pewnie wyślą cię na jakiś urlop, więc odpoczniesz od tych wszystkich łachudrów i będziesz miał czas się ze mną spotykać. No a dzieciak pewnie będzie mega mądry, silny i śliczny, bo będzie jakby z obu ras, no i pomyśl jak będzie super, jak będziemy się z nim razem bawić i uczyć go różnych rzeczy i patrzyć jak dorasta. Mnie się podoba taka perspektywa.
- Skąd wiesz, że będę dobrym rodzicem? – mruknął Derks.
- No bo opiekowałeś się mną po tym, jak mama nas zostawiła.
- Ja ci tylko zapewniałem wikt i opierunek. Nie nazwałbym tego opiekowaniem się.
- Wyrosłem na kogoś normalnego, więc chyba jednak nie było tak źle. - Ormiks poklepał siostra po plecach. - Derksiu, Derksiu, co z ciebie taki pesymista? Przecież to normalne, że na początku się nie wie różnych rzeczy. Ale masz jeszcze czas, żeby się dowiedzieć, no nie? A ja cię przecież na lodzie nie zostawię. I Chen pewnie też nie.
- Taa... jego reakcji obawiam się najbardziej... - mruknął Derks. - W takich rzeczach różnice kulturowe nigdy nie pomagają.
- To on o niczym nie wie?
- Jest na konferencji w innym systemie gwiezdnym.
- No to jak wróci, powinieneś mu od razu powiedzieć.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ormiks miał rację.

wtorek, 15 grudnia 2015

Wymiana

Chętnie wymienię się linkami lub buttonami z innymi blogami/stronami. Myślę, że warto współpracować i wzajemnie się wspierać, zwłaszcza jeśli łączą nas podobne zainteresowania. Jak macie ciekawą stronkę lub bloga, dajcie znać.